Ale krótko raczej...
No więc tak. Na początek idea była taka, ze zrobię czapeczkę dla Em. Bo miała się urodzić. A hormony ciążowe, to raczej mocna rzecz. Nie pomykałam wtedy z drutami, tylko raczej woziłam się wszędzie z szydełkiem. Takie szydełko, to fajna sprawa. Kompaktowe. Jak i nitki. W drodze do Mińska robiłam kwiatek albo i dwa, tyleż samo w drodze powrotnej, tym samym zawsze na koniec dnia byłam do przodu o kilka kwiatków. Czapeczkę zrobiłam, kiedy jakiś miesiąc przed porodem szlag trafił moje zatoki i zaparkowałam wygodnie i na długo w łóżku. Zielona. Śliczna. (Czapka, nie ja..) Modelu głowy dostarczył mi grapefruit. Oczywiście okazała się całkowicie nie do noszenia. Ale jako eksponat muzealny całkiem, całkiem... zresztą może jakieś lalki jeszcze ją założą. Nie miałam w planie robienia na drutach. Ale internet mnie uwiódł. To może kolejną czapkę? Sweterek? Sukienkę? Rękawiczki...
Ale chustę nie. O nie. Na co komu chusta. Ale Malabrigo mnie uwiodło.
Jestem wzrokowcem. Wzrokowcem-kolorowcem. Oni tam cudnie farbują w tym Urugwaju, czy gdzie tam... No i nie wytrzymałam i nabyłam i od razu cztery - tak na próbę.
Kiedy paczka przyszła zdziwiłam się nieco. Spodziewałam się jakiejś większej. Po rozpakowaniu myślałam , że się rozpłaczę. Co to jest, jęczałam beznadziejnie do Dużego, który pomagał mi przetrwać kryzys, a potem przewinąć tego lace'a. Wyszło mi, ze jednak zrobię z tego chustę, albo "coś w tym rodzaju" Zaczynałam pięć razy, przynajmniej. Ostatecznie użyłam dwóch nitek i po połączeniu odcieni Pagoda i Col China uzyskałam satysfakcjonujący mnie kolor. Kolor jesienny - konkretnie opisałabym go jako pomidory, dojrzałe maliny i różowo-fioletowe winogrona na lekko już pożółkłych (jesień!) gałązkach.Właśnie skończyło się pierwsze 100 g. I muszę dokupić of course. Malabrigo lace jest cudownie miękka. Jest po prostu pieszczotą dla palców.
Ale ażurów nie będzie, o nie!
Sukces odniosłam następujący. Zadzwoniła do mnie Pani recepcjonistka z centrum medycznego, ze coś tam, coś tam i musi mi przesunąć wizytę z Em... proponuje ÓSMĄ RANO! Nie proszę Pani, nie mogę się zgodzić, jaka jest Pani inna propozycja? Otóż ta inna propozycja to ÓSMA RANO. Innej brak. Pogadałyśmy na ten temat przez telefon przez w sumie jakieś 15-20 minut. Pani recepcjonistka stosowała klasyczną technikę zdartej płyty, ja też, chociaż nie byłam na żadnych kursach.
Po południu miałam tam wizytę i spotkałam się z Panią recepcjonistką na żywo.
-Chciałabym coś wyjaśnić - oznajmiłam Recepcji
-No właśnie, to ja z Panią rozmawiałam, powiedziała Pani z recepcji
-No właśnie, chyba my przez telefon powiedziałyśmy sobie już wszystko... Teraz chciałabym rozmawiać z Pani przełożonym!
Zostawiłam Pani czas do namysłu, gdyż udałam się do gabinetu lekarskiego na umówioną wizytę.
A po powrocie udało się umówić rehabilitację w innym, akceptowalnym dla mnie terminie.
środa, 24 października 2012
wtorek, 16 października 2012
A da, a da, a da...
Daaaa, da, a da.... i tak cały dzień w ten deseń. Dalej szukam pomysłu na siebie.
sobota, 13 października 2012
codziennie?
Coś napisać. Takie ćwiczenie z samodyscypliny. Na razie dzień pierwszy, jestem grzeczna, samodyscyplina jest ważna. Ćwiczę.
Dzięki Dużemu Chłopcu nasłuchałam się muzyki i wczoraj i dzisiaj. Bardzo niezdrowo, przez słuchawki, które sobie kupił, przy naszej milczącej dezaprobacie. Przez słuchawki się głuchnie. A co mi tam. Słuchałam w kolejności: Domowe Melodie (to przez Liskę), Micromusic (bardzo, bardzo), Jezus Maria Peszek (jeszcze nie wiem), Meli Koteluk (Spadochron fajny a reszta jeszcze nie wiem), IncarNations (fajne, ale muszę dojrzeć), oraz Nosowskiej z Dyjakiem w duecie. A dziś dodatkowo do tamtego zestawu Mozila z Kulką w duecie i bardzo mi się podobało.
Florentynki upiekłam.
Oraz rozbolała mnie stopa, nie powiem jak bo bym musiała użyć słowa wyjątkowo szpetnego. Czy to jest sprawa dla ortopedy? Kardiologa? Psychologa?
Dzięki Dużemu Chłopcu nasłuchałam się muzyki i wczoraj i dzisiaj. Bardzo niezdrowo, przez słuchawki, które sobie kupił, przy naszej milczącej dezaprobacie. Przez słuchawki się głuchnie. A co mi tam. Słuchałam w kolejności: Domowe Melodie (to przez Liskę), Micromusic (bardzo, bardzo), Jezus Maria Peszek (jeszcze nie wiem), Meli Koteluk (Spadochron fajny a reszta jeszcze nie wiem), IncarNations (fajne, ale muszę dojrzeć), oraz Nosowskiej z Dyjakiem w duecie. A dziś dodatkowo do tamtego zestawu Mozila z Kulką w duecie i bardzo mi się podobało.
Florentynki upiekłam.
Oraz rozbolała mnie stopa, nie powiem jak bo bym musiała użyć słowa wyjątkowo szpetnego. Czy to jest sprawa dla ortopedy? Kardiologa? Psychologa?
poniedziałek, 17 września 2012
Całkowity koniec
Wakacji oczywiście. Zjechał się ostatni turnus do domu. Blondyna ciężka i leniwa. Brunetka dyszy i śpi na zmianę. Jest jesień.
A skoro to jest jesień, to ja mam zapalenie zatok, oczywiście.
Od 48 godzin nie zdejmuję mojej nowej czerwonej czapki, o której będzie kiedy indziej, jutro na przykład, w każdym razie o jakiejś ludzkiej bardziej porze.
No a teraz to już: Pooora na dooobranoc. bo już księżyc świecii...
A skoro to jest jesień, to ja mam zapalenie zatok, oczywiście.
Od 48 godzin nie zdejmuję mojej nowej czerwonej czapki, o której będzie kiedy indziej, jutro na przykład, w każdym razie o jakiejś ludzkiej bardziej porze.
No a teraz to już: Pooora na dooobranoc. bo już księżyc świecii...
czwartek, 30 sierpnia 2012
Jestem już...
Czy mi ktoś mądry powie, skąd te pastelowe kolory w dalszej części tekstu w poprzednich postach? Nie chcę ich, jeśli chodzi o ścisłość.
Jeśliby się znalazł ktoś dobry i miły i wyjaśnił mi to Łopatologicznie bym była wdzięczna.
Jeśliby się znalazł ktoś dobry i miły i wyjaśnił mi to Łopatologicznie bym była wdzięczna.
czwartek, 26 lipca 2012
Bunt
To już ostatni post przed wakacjami. I szczerze mówiąc nie wiem o czym on będzie. Taki dzień męczący raczej. Tyle mam do pakowania, sprzątania, pamiętania, prasowania... od samego myślenia o tym chce mi się iść spać i ... nie myśleć, nie pamiętać, nic nie robić...spać po prostu. Tylko spodziewany bunt kręgosłupa w odcinku piersiowym mnie powstrzymuje. On nie lubi, kiedy kładę się spać zbyt wcześnie.
Telefon nie działa jak powinien. Znowu technologia mnie przerasta.
Dzisiaj Em na rehabilitacji znowu wyła jak opętana. Potem zresztą już do końca dnia była marudna i dopiero kąpiel ją zrelaksowała, jak zwykle zresztą. Gabinetów lekarskich nie cierpi, robi wyjątek dla naszej swojskiej przychodni rejonowej i jak dotąd - odpukać, na kolejnych wizytach, czy to w celu szczepienia, czy innych oględzin zachowywała się spokojnie i godnie. Ale dzisiaj to był koszmar. Wyszłam sfrustrowana.
Dlaczego??? W domu zwykle żadnych protestów nie doświadczam na tle wyginania nóżek i rączek
Głupie pytanie. Dom to dom. Może to jest odpowiedź. Ja też jestem raczej nieufna, aspołeczna i nie lubię jak mnie ktoś obcy dotyka.
A na przykład ktoś mi niedawno opowiadał historię o dziecku, które tak się darło przy kąpieli, ze trzeba je było wkładać do wanny... w ubraniu!!?? I pomogło podobno, po kilku miesiącach!!?? O rety!
To co ja mam zabrać na te wakacje? Nie mogę się skupić.
I jeszcze ząb się zbuntował i boli. Właśnie teraz, tuż przed wyjazdem, bo gdyby bolał miesiąc temu nie byłoby przecież tak zabawnie. Wysokiego Blondyna z Niebieskimi Oczami też boli - od wczoraj. Umówiłam nas do dentysty rzutem na taśmę, mimo to odczuwam lekki niepokój, bo wyjedziemy i...co dalej?
No i rozmawiałam z Dużym Chłopcem (na zesłaniu) przez telefon, pół godziny temu. Co powiedział?
-Ząb mnie boli!... (od wczoraj)
Telefon nie działa jak powinien. Znowu technologia mnie przerasta.
Dzisiaj Em na rehabilitacji znowu wyła jak opętana. Potem zresztą już do końca dnia była marudna i dopiero kąpiel ją zrelaksowała, jak zwykle zresztą. Gabinetów lekarskich nie cierpi, robi wyjątek dla naszej swojskiej przychodni rejonowej i jak dotąd - odpukać, na kolejnych wizytach, czy to w celu szczepienia, czy innych oględzin zachowywała się spokojnie i godnie. Ale dzisiaj to był koszmar. Wyszłam sfrustrowana.
Dlaczego??? W domu zwykle żadnych protestów nie doświadczam na tle wyginania nóżek i rączek
Głupie pytanie. Dom to dom. Może to jest odpowiedź. Ja też jestem raczej nieufna, aspołeczna i nie lubię jak mnie ktoś obcy dotyka.
A na przykład ktoś mi niedawno opowiadał historię o dziecku, które tak się darło przy kąpieli, ze trzeba je było wkładać do wanny... w ubraniu!!?? I pomogło podobno, po kilku miesiącach!!?? O rety!
To co ja mam zabrać na te wakacje? Nie mogę się skupić.
I jeszcze ząb się zbuntował i boli. Właśnie teraz, tuż przed wyjazdem, bo gdyby bolał miesiąc temu nie byłoby przecież tak zabawnie. Wysokiego Blondyna z Niebieskimi Oczami też boli - od wczoraj. Umówiłam nas do dentysty rzutem na taśmę, mimo to odczuwam lekki niepokój, bo wyjedziemy i...co dalej?
No i rozmawiałam z Dużym Chłopcem (na zesłaniu) przez telefon, pół godziny temu. Co powiedział?
-Ząb mnie boli!... (od wczoraj)
czwartek, 19 lipca 2012
Czy wasze dzieci jedzą warzywa?
Bo moje jedzą. Może są jakieś dziwne. Powiem więcej: moje psy jedzą warzywa (w każdej formie). Jeszcze więcej? Proszę! Mój kot je warzywa (gotowane).
Po wczorajszym upadku moralnym tj. wyjściu z domu bez śniadania i potem zaspokajaniu głodu: jagodzianką (x2), muffinem z migdałami (tylko jeden na szczęście, niedobry był), oraz bułką jęczmienną (x3), i po stanięciu na wadze w godzinach porannych (nie, nie powiem ile!) dzisiaj podjęłam decyzję o odnowie w duchu świętym south beach. Na obiad serwowano: pory pieczone z czosnkiem i tymiankiem, z niewielkim udziałem pomidorów pieczonych z tymiankiem i natką pietruszki.
Rozmowę przeprowadziłam z Dużym Chłopcem, którego zesłaliśmy na wieś, gdzie nie może - biedny - korzystać z dobrodziejstwa darmowych gier w sieci.
- Idę jeść, obiad mi się spali!
- A co masz na obiad?
- Pomidory i pory pieczone.
- Fajnie masz... - powiedział tęsknie.
Duży Chłopiec też ma fajnie, był na grzybach w lesie, całe trzy godziny.
No ale ja nie o tym chciałam.
Kiedy już zaczęłam zjadać pyszne zielone wstęgi - spaghetti form - porów, zmaterializował się kot i zaczął udowadniać mi, że kocha mnie bardzo, a mój talerz powinien być naszym wspólnym talerzem, gdyż miłość polega na dzieleniu się, czyż nie? I natarczywie zaczął atakować łapą mój obiad. Zrobiłabym zdjęcie ale w tym celu musiałabym się oddalić. Także tak. Skończyło się na jednej wstążce, którą oddałam dobrowolnie. Więcej nie dałam. Czosnek szkodzi kotom, chociaż one same zdają się o tym nie wiedzieć.
A u Liski na blogu babka cytrynowa. Czy mogłabym obok niej przejść obojętnie? Oczywiście, że upiekłam...
Po wczorajszym upadku moralnym tj. wyjściu z domu bez śniadania i potem zaspokajaniu głodu: jagodzianką (x2), muffinem z migdałami (tylko jeden na szczęście, niedobry był), oraz bułką jęczmienną (x3), i po stanięciu na wadze w godzinach porannych (nie, nie powiem ile!) dzisiaj podjęłam decyzję o odnowie w duchu świętym south beach. Na obiad serwowano: pory pieczone z czosnkiem i tymiankiem, z niewielkim udziałem pomidorów pieczonych z tymiankiem i natką pietruszki.
Rozmowę przeprowadziłam z Dużym Chłopcem, którego zesłaliśmy na wieś, gdzie nie może - biedny - korzystać z dobrodziejstwa darmowych gier w sieci.
- Idę jeść, obiad mi się spali!
- A co masz na obiad?
- Pomidory i pory pieczone.
- Fajnie masz... - powiedział tęsknie.
Duży Chłopiec też ma fajnie, był na grzybach w lesie, całe trzy godziny.
No ale ja nie o tym chciałam.
Kiedy już zaczęłam zjadać pyszne zielone wstęgi - spaghetti form - porów, zmaterializował się kot i zaczął udowadniać mi, że kocha mnie bardzo, a mój talerz powinien być naszym wspólnym talerzem, gdyż miłość polega na dzieleniu się, czyż nie? I natarczywie zaczął atakować łapą mój obiad. Zrobiłabym zdjęcie ale w tym celu musiałabym się oddalić. Także tak. Skończyło się na jednej wstążce, którą oddałam dobrowolnie. Więcej nie dałam. Czosnek szkodzi kotom, chociaż one same zdają się o tym nie wiedzieć.
A u Liski na blogu babka cytrynowa. Czy mogłabym obok niej przejść obojętnie? Oczywiście, że upiekłam...
sobota, 7 lipca 2012
Wakacje - part1
Takie 35+ stopni w cieniu jest mega fajne pod warunkiem wszakże, że ma się 20 lat, 59 kg, dużo wolnego czasu, wodę oddaloną od kocyka (w cieniu) o jakieś 15 m i brak dzieci. To ostatnie najważniejsze. Jednak od czasu kiedy 12 lat temu pojawił się Duży Chłopiec, ja wolę 20 stopni i chmury. Może być nawet lekki deszcz. Byle nie wiało. Tak więc pogoda jest sprzyjająca dla wyrośniętych dzieci. Ale nie dla mnie. Przejdźmy do Ad Remu (Był w okolicy mojego dzieciństwa taki klub osiedlowy - pamiętam).
Byliśmy w Bieszczadach. Z dzieckiem! Nie płakało. Panował błogi spokój. To dziecko jest w ogóle boskie.
Wykąpałam się nawet w Solinie. Tylko jeden raz, bo następnego dnia pojechaliśmy gdzie indziej i tam mi się nie podobało - w tym upale woda się cofnęła i zrobiło się bajoro. Ale pierwszego dnia było super, woda miała temperaturę IDEALNĄ i była przejrzysta i jakaś taka szmaragdowa, jak w Wenecji.
Naprawiłam sobie torbę. I wygląda teraz tak:
Byliśmy w Bieszczadach. Z dzieckiem! Nie płakało. Panował błogi spokój. To dziecko jest w ogóle boskie.
Wykąpałam się nawet w Solinie. Tylko jeden raz, bo następnego dnia pojechaliśmy gdzie indziej i tam mi się nie podobało - w tym upale woda się cofnęła i zrobiło się bajoro. Ale pierwszego dnia było super, woda miała temperaturę IDEALNĄ i była przejrzysta i jakaś taka szmaragdowa, jak w Wenecji.
Naprawiłam sobie torbę. I wygląda teraz tak:
czwartek, 21 czerwca 2012
neverending story
Dawno, dawno temu... a było to jesienią, przed moim domem natknęłam się na coś takiego:
spodobało mi się na tyle, że postanowiłam coś z tym zrobić.
Coś - to, konkretnie - obrus, haftowany.
Zaczęłam i robię... do dziś.
I pewnie jeszcze trochę mi się zejdzie.
A to jest sprawozdanie z postępu pracy:
I już gotowe fragmenty ( ale przed prasowaniem, więc trochę pogniecione
spodobało mi się na tyle, że postanowiłam coś z tym zrobić.
Coś - to, konkretnie - obrus, haftowany.
Zaczęłam i robię... do dziś.
I pewnie jeszcze trochę mi się zejdzie.
A to jest sprawozdanie z postępu pracy:
I już gotowe fragmenty ( ale przed prasowaniem, więc trochę pogniecione
wtorek, 19 czerwca 2012
Dziecko jakie jest, każdy widzi!
Przynajmniej w teorii. Oglądam to dziecko codziennie, przez całą dobę prawie. I fajnie. Uśmiecha się, je, gada do rzeczy. Aż tu nagle przychodzi jakaś kobieta z przychodni, niezapowiedziana i mówi - krzywe!
Od tej pory co spojrzę, a patrzę często, to nie po prostu a pod kątem. Krzywe? Czasem tak, a czasem nie. Przesadzasz, mówię sobie. No ale jednak krzywe, czasem... Na większości zdjęć - krzywe. Dobra. mówię sobie, lepiej przesadzić, niż zaniedbać. Na najbliższej wizycie, która się pięknie nazywa "szczepienna" zwracam uwagę pediatry (będąc młodą lekarką, można samej uwagi nie zwrócić), że jakoś tak główkę niesymetrycznie układa zwykle... na co pediatra, nie mając zdania w tej sprawie, mówi radośnie - Dam skierowanie! I daje. A ja się cieszę. O ludzka naiwności.
Wychodzę z tej przychodni uzbrojona w listę 15 adresów i telefonów, pod którymi należy spróbować ( a "spróbować" jest w tym zdaniu słowem kluczowym) umówić się do neurologa, oraz jeszcze kilka numerów do poradni rehabilitujących małe dzieci. Następnego dnia siadam z telefonem i planem Warszawy
( bardzo prędko okazuje się, że plan całkowicie zbędny!) Nie mogę dodzwonić się nigdzie. A bardzo bym chciała gdziekolwiek. Zapisy do neurologa: najczęstsze odpowiedzi z tych kilku poradni do których się udało : Brak miejsc do końca sierpnia. Zapisujemy na wrzesień. Zapisujemy na październik. Oraz: Brak miejsc na sierpień i wrzesień, a na październik jeszcze nie zapisujemy. Najs.
To tzw. zderzenie czołowe z publiczną służbą zdrowia w dziwnym kraju Polska.
Z innej bajki: Właśnie pomyślałam, że chyba mogłabym zrobić wystawę pod zbiorczym tytułem "Najbardziej żenadne i beznadziejne dzianiny ever" z podkategorią "Za małe czapki"!
Od tej pory co spojrzę, a patrzę często, to nie po prostu a pod kątem. Krzywe? Czasem tak, a czasem nie. Przesadzasz, mówię sobie. No ale jednak krzywe, czasem... Na większości zdjęć - krzywe. Dobra. mówię sobie, lepiej przesadzić, niż zaniedbać. Na najbliższej wizycie, która się pięknie nazywa "szczepienna" zwracam uwagę pediatry (będąc młodą lekarką, można samej uwagi nie zwrócić), że jakoś tak główkę niesymetrycznie układa zwykle... na co pediatra, nie mając zdania w tej sprawie, mówi radośnie - Dam skierowanie! I daje. A ja się cieszę. O ludzka naiwności.
Wychodzę z tej przychodni uzbrojona w listę 15 adresów i telefonów, pod którymi należy spróbować ( a "spróbować" jest w tym zdaniu słowem kluczowym) umówić się do neurologa, oraz jeszcze kilka numerów do poradni rehabilitujących małe dzieci. Następnego dnia siadam z telefonem i planem Warszawy
( bardzo prędko okazuje się, że plan całkowicie zbędny!) Nie mogę dodzwonić się nigdzie. A bardzo bym chciała gdziekolwiek. Zapisy do neurologa: najczęstsze odpowiedzi z tych kilku poradni do których się udało : Brak miejsc do końca sierpnia. Zapisujemy na wrzesień. Zapisujemy na październik. Oraz: Brak miejsc na sierpień i wrzesień, a na październik jeszcze nie zapisujemy. Najs.
To tzw. zderzenie czołowe z publiczną służbą zdrowia w dziwnym kraju Polska.
Z innej bajki: Właśnie pomyślałam, że chyba mogłabym zrobić wystawę pod zbiorczym tytułem "Najbardziej żenadne i beznadziejne dzianiny ever" z podkategorią "Za małe czapki"!
poniedziałek, 18 czerwca 2012
czwartek, 14 czerwca 2012
sweterek z łódką
Przyszła pora (piękna pora, moja ulubiona - druga w nocy) na podsumowanie.
Beżowy z łódką powstał z ok. 3 motków Yarn Art Begonia - kolor 015, ciemno beżowy, oraz z niewielkiej ilości innych włóczek bawełnianych (inni producenci). Jak mi się pracowało? Początkowo dość mozolnie, później coraz lepiej i szybciej. Musiałam sobie przypomnieć, jak to się robi w ogóle. Ale nie jestem przekonana do tej włóczki. Chyba muszę znaleźć "swoją". Druty nr 3, na żyłce 80 cm.
Bez planu, zgodnie z tradycją. Ogólne wskazówki po przeszukaniu netu zaczerpnęłam stąd . Potem robiłam i prułam i robiłam i prułam i...tak dalej i tak dalej. Aż w końcu machnęłam ręką na widoczne gołym okiem niedociągnięcia. Można powiedzieć, że założenia ogólne zostały zrealizowane.
Założenia ogólne były takie:
-sweterek ma być prosty
-miękki
-wykonany jerseyem
-długi rękaw
-golfik ale tak, żeby dało się bez bólu założyć na bardzo niedużego (3 miesiące) człowieka
-ozdobiony z przodu haftem
spodobał mi się pomysł z warkoczami, trochę na moje nieszczęście,
dokonałam obliczeń i pomiarów, które okazały się być całkiem z sufitu wzięte
wykonałam rysunki prześlicznej łódeczki....
i tu pierwsza wpadka. Otóż nabrałam na przód parzystą liczbę oczek, a serduszko znacznie ładniejsze - takie jak na oznaczonym niebieskim kółkiem rysunku - ma w podstawie jedno oczko, powinno być to oczko środkowe, jeżeli haft ma być na środku. Wyszło inaczej.
Co mi się w nim podoba:
wygląd ogólny - Pyza strasznie fajnie w nim wygląda. Ma dobrą długość - wszystkie sklepowe dziecięce wdzianka są zwykle za szerokie i za krótkie - pojęcia nie mam z czego to wynika. Zapięcie na ramieniu - zero problemu przy zakładaniu, pewnie też dzięki szerokości rękawa, chociaż obiektywnie pewnie jest trochę za szeroki.Włóczkowe pseudo-guziczki. No i łódka. Podoba mi się, pomimo brzydszego serduszka - dwa oczka w podstawie.
Zbliżenie zapięcia:
Teraz byki:
- w trakcie wyszło, że jednak moje obliczenia mogę sobie o kant dupy potłuc, sweter był za wąski - w związku z czym dodałam po bokach ....hm, takie coś, właściwie nie wiem jak to nazwać i nie mówmy o tym już więcej, pamiętajmy tylko, żeby już nigdy tak nie robić
- nabrałam oczka na rękawy przy warkoczach, no i niestety, fatalnie to wygląda, co gorsza nie wiem w tej chwili JAK się to powinno zrobić
- źle zamknęłam oczka na ściągaczach, w związku z czym słabo ściągają jakby. Ale wiem już jak to być powinno, być może też na cieńszych drutach
- zupełnie fatalny dół - szkoda gadać, ratowałam tą krzywą krawędź szydełkiem. Na moich studiach ładnie się na takie rozpaczliwe działania mówiło - rzeźba w gównie!
- tu i ówdzie jakaś dziurka - widać tą przy zapięciu - naprawioną szydełkiem i czerwoną nitką - miałam takie przekonanie, że coś w tym miejscu powinno być, tylko za Boga nie wiedziałam co
i to tyle refleksji na razie.
Beżowy z łódką powstał z ok. 3 motków Yarn Art Begonia - kolor 015, ciemno beżowy, oraz z niewielkiej ilości innych włóczek bawełnianych (inni producenci). Jak mi się pracowało? Początkowo dość mozolnie, później coraz lepiej i szybciej. Musiałam sobie przypomnieć, jak to się robi w ogóle. Ale nie jestem przekonana do tej włóczki. Chyba muszę znaleźć "swoją". Druty nr 3, na żyłce 80 cm.
Bez planu, zgodnie z tradycją. Ogólne wskazówki po przeszukaniu netu zaczerpnęłam stąd . Potem robiłam i prułam i robiłam i prułam i...tak dalej i tak dalej. Aż w końcu machnęłam ręką na widoczne gołym okiem niedociągnięcia. Można powiedzieć, że założenia ogólne zostały zrealizowane.
Założenia ogólne były takie:
-sweterek ma być prosty
-miękki
-wykonany jerseyem
-długi rękaw
-golfik ale tak, żeby dało się bez bólu założyć na bardzo niedużego (3 miesiące) człowieka
-ozdobiony z przodu haftem
spodobał mi się pomysł z warkoczami, trochę na moje nieszczęście,
dokonałam obliczeń i pomiarów, które okazały się być całkiem z sufitu wzięte
wykonałam rysunki prześlicznej łódeczki....
Co mi się w nim podoba:
wygląd ogólny - Pyza strasznie fajnie w nim wygląda. Ma dobrą długość - wszystkie sklepowe dziecięce wdzianka są zwykle za szerokie i za krótkie - pojęcia nie mam z czego to wynika. Zapięcie na ramieniu - zero problemu przy zakładaniu, pewnie też dzięki szerokości rękawa, chociaż obiektywnie pewnie jest trochę za szeroki.Włóczkowe pseudo-guziczki. No i łódka. Podoba mi się, pomimo brzydszego serduszka - dwa oczka w podstawie.
Zbliżenie zapięcia:
Teraz byki:
- w trakcie wyszło, że jednak moje obliczenia mogę sobie o kant dupy potłuc, sweter był za wąski - w związku z czym dodałam po bokach ....hm, takie coś, właściwie nie wiem jak to nazwać i nie mówmy o tym już więcej, pamiętajmy tylko, żeby już nigdy tak nie robić
- nabrałam oczka na rękawy przy warkoczach, no i niestety, fatalnie to wygląda, co gorsza nie wiem w tej chwili JAK się to powinno zrobić
- źle zamknęłam oczka na ściągaczach, w związku z czym słabo ściągają jakby. Ale wiem już jak to być powinno, być może też na cieńszych drutach
- zupełnie fatalny dół - szkoda gadać, ratowałam tą krzywą krawędź szydełkiem. Na moich studiach ładnie się na takie rozpaczliwe działania mówiło - rzeźba w gównie!
- tu i ówdzie jakaś dziurka - widać tą przy zapięciu - naprawioną szydełkiem i czerwoną nitką - miałam takie przekonanie, że coś w tym miejscu powinno być, tylko za Boga nie wiedziałam co
i to tyle refleksji na razie.
środa, 13 czerwca 2012
obiad
-Młoda kapusta - powiedziałam (bo miałam w lodówce)
-Ooo! Fajnie, ooo! Boczek, uwielbiam boczek - powiedział Duży Chłopiec.
-Kapuśniak był w szkole. I drugi raz nie będzie jadła! Nie ma mowy. Do ust nie weźmie. Powiedziała Mała Mi
Dobra! W końcu nikt nikogo nigdy do jedzenia nie zmuszał w tym domu.
-Ooo! Fajnie, ooo! Boczek, uwielbiam boczek - powiedział Duży Chłopiec.
-Kapuśniak był w szkole. I drugi raz nie będzie jadła! Nie ma mowy. Do ust nie weźmie. Powiedziała Mała Mi
Dobra! W końcu nikt nikogo nigdy do jedzenia nie zmuszał w tym domu.
o swetrze sprzed lat
Dziecię zasnęło. (Mi na kolanach, co nie jest szczególnie wygodne, ale niech tam już)
so... tak w ogóle to mam zamiar pisać o tym co robię teraz, ale najpierw będzie tzw. rys historyczny. Otóż... pierwszy sweter popełniłam jako dziecko - gdzieś tak na przełomie podstawówki i liceum. Był to sweter workowaty, dżersejowaty, utrzymany w tonacji zimnej z przewagą granatu, szmaragdowej zieleni, bieli i z maźnięciami amarantowymi. Zrobiłam go z jakichś resztek, bez żadnych założeń teoretycznych i nawet go nosiłam. Pamiętam, ze jeden rękaw był zdecydowanie szerszy niż drugi ale tak poza tym... Czy miałam jakieś przemyślenia na temat, jak te różne włóczki będą ze sobą współpracowały w noszeniu i praniu, czy go prałam i jak długo nosiłam swój sweter? Przeszłość jest pełna tajemnic.Wspominam go jednakże z czułością. Wyglądał jakoś tak:
Potem robiłam już tylko szaliki!
No a teraz zrobiłam pierwszy sweter w dorosłym życiu!
I to by było tyle na te chwile.
(dziecię się obudziło, dziecię się domaga: wzięcia na ręce, wyjścia, nie wiem czego jeszcze, jedzenia chyba nie, gdyż właśnie oblało nas obie nieco nadtrawionym mlekiem, znaczy się wystarczy chyba). O tym nowym dziele będzie później, z dywagacjami na tematy techniczne. Tymczasem..
so... tak w ogóle to mam zamiar pisać o tym co robię teraz, ale najpierw będzie tzw. rys historyczny. Otóż... pierwszy sweter popełniłam jako dziecko - gdzieś tak na przełomie podstawówki i liceum. Był to sweter workowaty, dżersejowaty, utrzymany w tonacji zimnej z przewagą granatu, szmaragdowej zieleni, bieli i z maźnięciami amarantowymi. Zrobiłam go z jakichś resztek, bez żadnych założeń teoretycznych i nawet go nosiłam. Pamiętam, ze jeden rękaw był zdecydowanie szerszy niż drugi ale tak poza tym... Czy miałam jakieś przemyślenia na temat, jak te różne włóczki będą ze sobą współpracowały w noszeniu i praniu, czy go prałam i jak długo nosiłam swój sweter? Przeszłość jest pełna tajemnic.Wspominam go jednakże z czułością. Wyglądał jakoś tak:
Potem robiłam już tylko szaliki!
No a teraz zrobiłam pierwszy sweter w dorosłym życiu!
I to by było tyle na te chwile.
(dziecię się obudziło, dziecię się domaga: wzięcia na ręce, wyjścia, nie wiem czego jeszcze, jedzenia chyba nie, gdyż właśnie oblało nas obie nieco nadtrawionym mlekiem, znaczy się wystarczy chyba). O tym nowym dziele będzie później, z dywagacjami na tematy techniczne. Tymczasem..
poniedziałek, 11 czerwca 2012
Zacznij od nowa!
Tak się do mnie zwróciła nakrętka od Tymbarka dziś. Może, może... Inny miałam plan. Nie tutaj. Tutaj tylko jakieś blubry fatalne jak dotąd się pojawiły. A mój plan jest pozytywny w 100 procentach. Rozpocznę nowe życie. Schudnę. Nauczę się szyć. Francuskiego się nauczę. I angielskiego (skutecznie i do końca tym razem). Wykorzystam to co już umiem. Bo wszak umiem wiele. I zrobię karierę w tym wielkim mega storze jakim jest internet. HM. Napisane brzmi co najmniej ... trudno do wykonania, czy coś. Czy coś przeoczyłam? Nie jest to możliwe? Ale tylu ludzi może.. może więc mogę i ja. Dobra! Jeszcze raz: mój plan jest taki: 1. Nauczę się szyć.
(pierwsze kroki już podjęte, internet pobieżnie przeszukany pod kątem, maszyna do szycia zamówiona)
2. Nauczę się francuskiego (pierwsze kroki j.w tj. męczę z podstaw Małą Mi - zdolniacha z niej swoją drogą, jestem zachwycona swoim dzieckiem)
3. Schudnę w końcu!!! ( pierwsze kroki... wypiłam tymbarka pomidorowego pikantnego, a on jest bardzo dobry na odchudzanie)
To są takie postanowienia na dzisiaj.
Ale do rewolucji właściwie już przystąpiłam. I myślę że skończę dziś albo jutro cudny sweterek dla Pyzy. Tfu Tfu, aby nie zapeszyć.
(pierwsze kroki już podjęte, internet pobieżnie przeszukany pod kątem, maszyna do szycia zamówiona)
2. Nauczę się francuskiego (pierwsze kroki j.w tj. męczę z podstaw Małą Mi - zdolniacha z niej swoją drogą, jestem zachwycona swoim dzieckiem)
3. Schudnę w końcu!!! ( pierwsze kroki... wypiłam tymbarka pomidorowego pikantnego, a on jest bardzo dobry na odchudzanie)
To są takie postanowienia na dzisiaj.
Ale do rewolucji właściwie już przystąpiłam. I myślę że skończę dziś albo jutro cudny sweterek dla Pyzy. Tfu Tfu, aby nie zapeszyć.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)



