środa, 24 października 2012

o chustach, o malabrigo i o sukcesie mentalnym

Ale krótko raczej...

No więc tak. Na początek idea była taka, ze zrobię czapeczkę dla Em. Bo miała się urodzić. A hormony ciążowe, to raczej mocna rzecz. Nie pomykałam wtedy z drutami, tylko raczej woziłam się wszędzie z szydełkiem. Takie szydełko, to fajna sprawa. Kompaktowe. Jak i nitki. W drodze do Mińska robiłam kwiatek albo i dwa, tyleż samo w drodze powrotnej, tym samym zawsze na koniec dnia byłam do przodu o kilka kwiatków. Czapeczkę zrobiłam, kiedy jakiś miesiąc przed porodem szlag trafił moje zatoki i zaparkowałam wygodnie i na długo w łóżku. Zielona. Śliczna. (Czapka, nie ja..)  Modelu głowy dostarczył mi grapefruit. Oczywiście okazała się całkowicie nie do noszenia. Ale jako eksponat muzealny całkiem, całkiem... zresztą może jakieś lalki jeszcze ją założą. Nie miałam w planie robienia na drutach. Ale internet mnie uwiódł. To może kolejną czapkę? Sweterek? Sukienkę? Rękawiczki...

Ale chustę nie. O nie. Na co komu chusta. Ale Malabrigo mnie uwiodło.
Jestem wzrokowcem. Wzrokowcem-kolorowcem. Oni tam cudnie farbują w tym Urugwaju, czy gdzie tam... No i nie wytrzymałam i nabyłam i od razu  cztery - tak na próbę.
Kiedy paczka przyszła zdziwiłam się nieco. Spodziewałam się jakiejś większej. Po rozpakowaniu myślałam , że się rozpłaczę. Co to jest, jęczałam beznadziejnie do Dużego, który pomagał mi przetrwać kryzys, a potem przewinąć tego lace'a. Wyszło mi, ze jednak zrobię z tego chustę, albo "coś w tym rodzaju" Zaczynałam pięć razy, przynajmniej. Ostatecznie użyłam dwóch nitek i po połączeniu odcieni Pagoda i Col China uzyskałam satysfakcjonujący mnie kolor. Kolor jesienny - konkretnie opisałabym go jako pomidory, dojrzałe maliny i różowo-fioletowe winogrona na lekko już pożółkłych (jesień!) gałązkach.Właśnie skończyło się pierwsze 100 g. I muszę dokupić of course. Malabrigo lace jest cudownie miękka. Jest po prostu pieszczotą dla palców.

Ale ażurów nie będzie, o nie!

Sukces odniosłam następujący. Zadzwoniła do mnie Pani recepcjonistka z centrum medycznego, ze coś tam, coś tam i musi mi przesunąć wizytę z Em... proponuje ÓSMĄ RANO! Nie proszę Pani, nie mogę się zgodzić, jaka jest Pani inna propozycja? Otóż ta inna propozycja to ÓSMA RANO. Innej brak. Pogadałyśmy na ten temat przez telefon przez w sumie jakieś 15-20 minut. Pani recepcjonistka stosowała klasyczną technikę zdartej płyty, ja też, chociaż nie byłam na żadnych kursach.
Po południu miałam tam wizytę i spotkałam się z Panią recepcjonistką na żywo.
-Chciałabym coś wyjaśnić - oznajmiłam Recepcji
-No właśnie, to ja z Panią rozmawiałam, powiedziała Pani z recepcji
-No właśnie, chyba my przez telefon powiedziałyśmy sobie już wszystko... Teraz chciałabym rozmawiać z Pani przełożonym!
Zostawiłam Pani czas do namysłu, gdyż udałam się do gabinetu lekarskiego na umówioną wizytę.
A po powrocie udało się umówić rehabilitację w innym, akceptowalnym dla mnie terminie.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz