Ale nie mam.
A to prawdopodobnie oznacza, że nie mam się również nad czym zastanawiać, o czym dumać i czego żałować. To ostatnie najbardziej. Gdyż trzeba z filozoficznym spokojem przyjmować, co nam niesie los.
Mój kazał mi wdrapywać się pod porosłą trawą (pastwisko trwałe) górę, tachając przy tym dziecko, które wyrywało się, wierzgało i darło wniebogłosy.
Głębszy sens tej wycieczki upatruję w zrzuceniu (być może) kilku kilogramów. Albo chociaż jednego.
No tak czy inaczej wróciłam.
Było bardzo zielono. Pachniało upajająco. Miękko rozcinałam powietrze wieczoru. Powietrze mnie miękko opływało.
Chłopy z pola do mnie coś krzyczały, kiedy przechodziłam mimo. Być może było to:
"Halo! Buty ci się palą"... albo coś w tym stylu.
Kot bezczelnie ładował się do domu. Miał mega wielkie pchły.
Lizała mnie krowa. Pies też zresztą.
Przekwitły już pierwiosnki. Bazie gubią ostatnie wełniste kłaczki, naprowadzając mnie na nowo na myśl o przędzeniu. Teraz kwitną takie wielkie chabry (nigdy takich nie widziałam) i wielkie białe wiechcie-kiście przydrożne.
Wróciłam i powiedziałam do chłopa:
"Pomyśl! Mamy czterdzieści lat! Za dziesięć lat naprawdę nie będzie nam się już chciało. Jeżeli mamy coś zrobić, zróbmy to teraz!"
Zostawiłam go z tą fedrującą mózg prawdą.
A zdjęcie jest powrotne. W podróży wszystko się zaciera, miesza się, przenika.
