wtorek, 20 stycznia 2015

nie ma już życia wewnętrznego...

To jest co najmniej przykre!

Naprawdę tak się pisze?! Co najmniej? Nie razem?! Uch...

Życie jest ostatnio wkurzającym pasmem obiadów, kolacji, obiadów, kolacji, porannych kaszy na mleku i bez mleka, w ramach atrakcji kolejne posiedzenie na fotelu u stomatologa. Przyszedł ten czas, złamałam przedtrzonowca, czas korony, czyli jak to łopatologicznie wyjaśniła dr. Mary - sztucznego zęba. Byłam dzisiaj u przymiarki.

Poza tym siedzę dzisiaj tak beznadziejnie po raz pierwszy od dłuższego czasu, sama przed sobą udaję, że piekę chleb, ale nie wiem czy coś z tego będzie , nie mam weny. Nie mam już życia wewnętrznego! Kończę eko-torbę zakupową z krowami ale przekonania wielkiego w tym nie ma. Tęsknię do krów prawdziwych. Tęsknię do spędzania całego dnia na dworze. Tęsknię do bólu rąk i pleców, do pracy fizycznej. I do gotowania dla jednej osoby. Mnie samej.

Tu tak sobie przed-wiosennie roję o zakładaniu warzywnika, ale to miejsce i ten czas są wyniszczające dla marzeń i dla woli, w końcu energii starcza tylko na siedzenie na kanapie i (bez specjalnego przekonania) klepanie w klawisze. Albo i nie starcza na to też.

Chłop kaszle na górze.

Ach, i oczywiście muszę się przyznać,  jestem beznadziejna. Zepsułam dziecku aparat fotograficzny. Nie będzie  zdjęć tej styczniowej degrengolady.

bez życia

smutne