Dawno, dawno temu... a było to jesienią, przed moim domem natknęłam się na coś takiego:
spodobało mi się na tyle, że postanowiłam coś z tym zrobić.
Coś - to, konkretnie - obrus, haftowany.
Zaczęłam i robię... do dziś.
I pewnie jeszcze trochę mi się zejdzie.
A to jest sprawozdanie z postępu pracy:
I już gotowe fragmenty ( ale przed prasowaniem, więc trochę pogniecione
czwartek, 21 czerwca 2012
wtorek, 19 czerwca 2012
Dziecko jakie jest, każdy widzi!
Przynajmniej w teorii. Oglądam to dziecko codziennie, przez całą dobę prawie. I fajnie. Uśmiecha się, je, gada do rzeczy. Aż tu nagle przychodzi jakaś kobieta z przychodni, niezapowiedziana i mówi - krzywe!
Od tej pory co spojrzę, a patrzę często, to nie po prostu a pod kątem. Krzywe? Czasem tak, a czasem nie. Przesadzasz, mówię sobie. No ale jednak krzywe, czasem... Na większości zdjęć - krzywe. Dobra. mówię sobie, lepiej przesadzić, niż zaniedbać. Na najbliższej wizycie, która się pięknie nazywa "szczepienna" zwracam uwagę pediatry (będąc młodą lekarką, można samej uwagi nie zwrócić), że jakoś tak główkę niesymetrycznie układa zwykle... na co pediatra, nie mając zdania w tej sprawie, mówi radośnie - Dam skierowanie! I daje. A ja się cieszę. O ludzka naiwności.
Wychodzę z tej przychodni uzbrojona w listę 15 adresów i telefonów, pod którymi należy spróbować ( a "spróbować" jest w tym zdaniu słowem kluczowym) umówić się do neurologa, oraz jeszcze kilka numerów do poradni rehabilitujących małe dzieci. Następnego dnia siadam z telefonem i planem Warszawy
( bardzo prędko okazuje się, że plan całkowicie zbędny!) Nie mogę dodzwonić się nigdzie. A bardzo bym chciała gdziekolwiek. Zapisy do neurologa: najczęstsze odpowiedzi z tych kilku poradni do których się udało : Brak miejsc do końca sierpnia. Zapisujemy na wrzesień. Zapisujemy na październik. Oraz: Brak miejsc na sierpień i wrzesień, a na październik jeszcze nie zapisujemy. Najs.
To tzw. zderzenie czołowe z publiczną służbą zdrowia w dziwnym kraju Polska.
Z innej bajki: Właśnie pomyślałam, że chyba mogłabym zrobić wystawę pod zbiorczym tytułem "Najbardziej żenadne i beznadziejne dzianiny ever" z podkategorią "Za małe czapki"!
Od tej pory co spojrzę, a patrzę często, to nie po prostu a pod kątem. Krzywe? Czasem tak, a czasem nie. Przesadzasz, mówię sobie. No ale jednak krzywe, czasem... Na większości zdjęć - krzywe. Dobra. mówię sobie, lepiej przesadzić, niż zaniedbać. Na najbliższej wizycie, która się pięknie nazywa "szczepienna" zwracam uwagę pediatry (będąc młodą lekarką, można samej uwagi nie zwrócić), że jakoś tak główkę niesymetrycznie układa zwykle... na co pediatra, nie mając zdania w tej sprawie, mówi radośnie - Dam skierowanie! I daje. A ja się cieszę. O ludzka naiwności.
Wychodzę z tej przychodni uzbrojona w listę 15 adresów i telefonów, pod którymi należy spróbować ( a "spróbować" jest w tym zdaniu słowem kluczowym) umówić się do neurologa, oraz jeszcze kilka numerów do poradni rehabilitujących małe dzieci. Następnego dnia siadam z telefonem i planem Warszawy
( bardzo prędko okazuje się, że plan całkowicie zbędny!) Nie mogę dodzwonić się nigdzie. A bardzo bym chciała gdziekolwiek. Zapisy do neurologa: najczęstsze odpowiedzi z tych kilku poradni do których się udało : Brak miejsc do końca sierpnia. Zapisujemy na wrzesień. Zapisujemy na październik. Oraz: Brak miejsc na sierpień i wrzesień, a na październik jeszcze nie zapisujemy. Najs.
To tzw. zderzenie czołowe z publiczną służbą zdrowia w dziwnym kraju Polska.
Z innej bajki: Właśnie pomyślałam, że chyba mogłabym zrobić wystawę pod zbiorczym tytułem "Najbardziej żenadne i beznadziejne dzianiny ever" z podkategorią "Za małe czapki"!
poniedziałek, 18 czerwca 2012
czwartek, 14 czerwca 2012
sweterek z łódką
Przyszła pora (piękna pora, moja ulubiona - druga w nocy) na podsumowanie.
Beżowy z łódką powstał z ok. 3 motków Yarn Art Begonia - kolor 015, ciemno beżowy, oraz z niewielkiej ilości innych włóczek bawełnianych (inni producenci). Jak mi się pracowało? Początkowo dość mozolnie, później coraz lepiej i szybciej. Musiałam sobie przypomnieć, jak to się robi w ogóle. Ale nie jestem przekonana do tej włóczki. Chyba muszę znaleźć "swoją". Druty nr 3, na żyłce 80 cm.
Bez planu, zgodnie z tradycją. Ogólne wskazówki po przeszukaniu netu zaczerpnęłam stąd . Potem robiłam i prułam i robiłam i prułam i...tak dalej i tak dalej. Aż w końcu machnęłam ręką na widoczne gołym okiem niedociągnięcia. Można powiedzieć, że założenia ogólne zostały zrealizowane.
Założenia ogólne były takie:
-sweterek ma być prosty
-miękki
-wykonany jerseyem
-długi rękaw
-golfik ale tak, żeby dało się bez bólu założyć na bardzo niedużego (3 miesiące) człowieka
-ozdobiony z przodu haftem
spodobał mi się pomysł z warkoczami, trochę na moje nieszczęście,
dokonałam obliczeń i pomiarów, które okazały się być całkiem z sufitu wzięte
wykonałam rysunki prześlicznej łódeczki....
i tu pierwsza wpadka. Otóż nabrałam na przód parzystą liczbę oczek, a serduszko znacznie ładniejsze - takie jak na oznaczonym niebieskim kółkiem rysunku - ma w podstawie jedno oczko, powinno być to oczko środkowe, jeżeli haft ma być na środku. Wyszło inaczej.
Co mi się w nim podoba:
wygląd ogólny - Pyza strasznie fajnie w nim wygląda. Ma dobrą długość - wszystkie sklepowe dziecięce wdzianka są zwykle za szerokie i za krótkie - pojęcia nie mam z czego to wynika. Zapięcie na ramieniu - zero problemu przy zakładaniu, pewnie też dzięki szerokości rękawa, chociaż obiektywnie pewnie jest trochę za szeroki.Włóczkowe pseudo-guziczki. No i łódka. Podoba mi się, pomimo brzydszego serduszka - dwa oczka w podstawie.
Zbliżenie zapięcia:
Teraz byki:
- w trakcie wyszło, że jednak moje obliczenia mogę sobie o kant dupy potłuc, sweter był za wąski - w związku z czym dodałam po bokach ....hm, takie coś, właściwie nie wiem jak to nazwać i nie mówmy o tym już więcej, pamiętajmy tylko, żeby już nigdy tak nie robić
- nabrałam oczka na rękawy przy warkoczach, no i niestety, fatalnie to wygląda, co gorsza nie wiem w tej chwili JAK się to powinno zrobić
- źle zamknęłam oczka na ściągaczach, w związku z czym słabo ściągają jakby. Ale wiem już jak to być powinno, być może też na cieńszych drutach
- zupełnie fatalny dół - szkoda gadać, ratowałam tą krzywą krawędź szydełkiem. Na moich studiach ładnie się na takie rozpaczliwe działania mówiło - rzeźba w gównie!
- tu i ówdzie jakaś dziurka - widać tą przy zapięciu - naprawioną szydełkiem i czerwoną nitką - miałam takie przekonanie, że coś w tym miejscu powinno być, tylko za Boga nie wiedziałam co
i to tyle refleksji na razie.
Beżowy z łódką powstał z ok. 3 motków Yarn Art Begonia - kolor 015, ciemno beżowy, oraz z niewielkiej ilości innych włóczek bawełnianych (inni producenci). Jak mi się pracowało? Początkowo dość mozolnie, później coraz lepiej i szybciej. Musiałam sobie przypomnieć, jak to się robi w ogóle. Ale nie jestem przekonana do tej włóczki. Chyba muszę znaleźć "swoją". Druty nr 3, na żyłce 80 cm.
Bez planu, zgodnie z tradycją. Ogólne wskazówki po przeszukaniu netu zaczerpnęłam stąd . Potem robiłam i prułam i robiłam i prułam i...tak dalej i tak dalej. Aż w końcu machnęłam ręką na widoczne gołym okiem niedociągnięcia. Można powiedzieć, że założenia ogólne zostały zrealizowane.
Założenia ogólne były takie:
-sweterek ma być prosty
-miękki
-wykonany jerseyem
-długi rękaw
-golfik ale tak, żeby dało się bez bólu założyć na bardzo niedużego (3 miesiące) człowieka
-ozdobiony z przodu haftem
spodobał mi się pomysł z warkoczami, trochę na moje nieszczęście,
dokonałam obliczeń i pomiarów, które okazały się być całkiem z sufitu wzięte
wykonałam rysunki prześlicznej łódeczki....
Co mi się w nim podoba:
wygląd ogólny - Pyza strasznie fajnie w nim wygląda. Ma dobrą długość - wszystkie sklepowe dziecięce wdzianka są zwykle za szerokie i za krótkie - pojęcia nie mam z czego to wynika. Zapięcie na ramieniu - zero problemu przy zakładaniu, pewnie też dzięki szerokości rękawa, chociaż obiektywnie pewnie jest trochę za szeroki.Włóczkowe pseudo-guziczki. No i łódka. Podoba mi się, pomimo brzydszego serduszka - dwa oczka w podstawie.
Zbliżenie zapięcia:
Teraz byki:
- w trakcie wyszło, że jednak moje obliczenia mogę sobie o kant dupy potłuc, sweter był za wąski - w związku z czym dodałam po bokach ....hm, takie coś, właściwie nie wiem jak to nazwać i nie mówmy o tym już więcej, pamiętajmy tylko, żeby już nigdy tak nie robić
- nabrałam oczka na rękawy przy warkoczach, no i niestety, fatalnie to wygląda, co gorsza nie wiem w tej chwili JAK się to powinno zrobić
- źle zamknęłam oczka na ściągaczach, w związku z czym słabo ściągają jakby. Ale wiem już jak to być powinno, być może też na cieńszych drutach
- zupełnie fatalny dół - szkoda gadać, ratowałam tą krzywą krawędź szydełkiem. Na moich studiach ładnie się na takie rozpaczliwe działania mówiło - rzeźba w gównie!
- tu i ówdzie jakaś dziurka - widać tą przy zapięciu - naprawioną szydełkiem i czerwoną nitką - miałam takie przekonanie, że coś w tym miejscu powinno być, tylko za Boga nie wiedziałam co
i to tyle refleksji na razie.
środa, 13 czerwca 2012
obiad
-Młoda kapusta - powiedziałam (bo miałam w lodówce)
-Ooo! Fajnie, ooo! Boczek, uwielbiam boczek - powiedział Duży Chłopiec.
-Kapuśniak był w szkole. I drugi raz nie będzie jadła! Nie ma mowy. Do ust nie weźmie. Powiedziała Mała Mi
Dobra! W końcu nikt nikogo nigdy do jedzenia nie zmuszał w tym domu.
-Ooo! Fajnie, ooo! Boczek, uwielbiam boczek - powiedział Duży Chłopiec.
-Kapuśniak był w szkole. I drugi raz nie będzie jadła! Nie ma mowy. Do ust nie weźmie. Powiedziała Mała Mi
Dobra! W końcu nikt nikogo nigdy do jedzenia nie zmuszał w tym domu.
o swetrze sprzed lat
Dziecię zasnęło. (Mi na kolanach, co nie jest szczególnie wygodne, ale niech tam już)
so... tak w ogóle to mam zamiar pisać o tym co robię teraz, ale najpierw będzie tzw. rys historyczny. Otóż... pierwszy sweter popełniłam jako dziecko - gdzieś tak na przełomie podstawówki i liceum. Był to sweter workowaty, dżersejowaty, utrzymany w tonacji zimnej z przewagą granatu, szmaragdowej zieleni, bieli i z maźnięciami amarantowymi. Zrobiłam go z jakichś resztek, bez żadnych założeń teoretycznych i nawet go nosiłam. Pamiętam, ze jeden rękaw był zdecydowanie szerszy niż drugi ale tak poza tym... Czy miałam jakieś przemyślenia na temat, jak te różne włóczki będą ze sobą współpracowały w noszeniu i praniu, czy go prałam i jak długo nosiłam swój sweter? Przeszłość jest pełna tajemnic.Wspominam go jednakże z czułością. Wyglądał jakoś tak:
Potem robiłam już tylko szaliki!
No a teraz zrobiłam pierwszy sweter w dorosłym życiu!
I to by było tyle na te chwile.
(dziecię się obudziło, dziecię się domaga: wzięcia na ręce, wyjścia, nie wiem czego jeszcze, jedzenia chyba nie, gdyż właśnie oblało nas obie nieco nadtrawionym mlekiem, znaczy się wystarczy chyba). O tym nowym dziele będzie później, z dywagacjami na tematy techniczne. Tymczasem..
so... tak w ogóle to mam zamiar pisać o tym co robię teraz, ale najpierw będzie tzw. rys historyczny. Otóż... pierwszy sweter popełniłam jako dziecko - gdzieś tak na przełomie podstawówki i liceum. Był to sweter workowaty, dżersejowaty, utrzymany w tonacji zimnej z przewagą granatu, szmaragdowej zieleni, bieli i z maźnięciami amarantowymi. Zrobiłam go z jakichś resztek, bez żadnych założeń teoretycznych i nawet go nosiłam. Pamiętam, ze jeden rękaw był zdecydowanie szerszy niż drugi ale tak poza tym... Czy miałam jakieś przemyślenia na temat, jak te różne włóczki będą ze sobą współpracowały w noszeniu i praniu, czy go prałam i jak długo nosiłam swój sweter? Przeszłość jest pełna tajemnic.Wspominam go jednakże z czułością. Wyglądał jakoś tak:
Potem robiłam już tylko szaliki!
No a teraz zrobiłam pierwszy sweter w dorosłym życiu!
I to by było tyle na te chwile.
(dziecię się obudziło, dziecię się domaga: wzięcia na ręce, wyjścia, nie wiem czego jeszcze, jedzenia chyba nie, gdyż właśnie oblało nas obie nieco nadtrawionym mlekiem, znaczy się wystarczy chyba). O tym nowym dziele będzie później, z dywagacjami na tematy techniczne. Tymczasem..
poniedziałek, 11 czerwca 2012
Zacznij od nowa!
Tak się do mnie zwróciła nakrętka od Tymbarka dziś. Może, może... Inny miałam plan. Nie tutaj. Tutaj tylko jakieś blubry fatalne jak dotąd się pojawiły. A mój plan jest pozytywny w 100 procentach. Rozpocznę nowe życie. Schudnę. Nauczę się szyć. Francuskiego się nauczę. I angielskiego (skutecznie i do końca tym razem). Wykorzystam to co już umiem. Bo wszak umiem wiele. I zrobię karierę w tym wielkim mega storze jakim jest internet. HM. Napisane brzmi co najmniej ... trudno do wykonania, czy coś. Czy coś przeoczyłam? Nie jest to możliwe? Ale tylu ludzi może.. może więc mogę i ja. Dobra! Jeszcze raz: mój plan jest taki: 1. Nauczę się szyć.
(pierwsze kroki już podjęte, internet pobieżnie przeszukany pod kątem, maszyna do szycia zamówiona)
2. Nauczę się francuskiego (pierwsze kroki j.w tj. męczę z podstaw Małą Mi - zdolniacha z niej swoją drogą, jestem zachwycona swoim dzieckiem)
3. Schudnę w końcu!!! ( pierwsze kroki... wypiłam tymbarka pomidorowego pikantnego, a on jest bardzo dobry na odchudzanie)
To są takie postanowienia na dzisiaj.
Ale do rewolucji właściwie już przystąpiłam. I myślę że skończę dziś albo jutro cudny sweterek dla Pyzy. Tfu Tfu, aby nie zapeszyć.
(pierwsze kroki już podjęte, internet pobieżnie przeszukany pod kątem, maszyna do szycia zamówiona)
2. Nauczę się francuskiego (pierwsze kroki j.w tj. męczę z podstaw Małą Mi - zdolniacha z niej swoją drogą, jestem zachwycona swoim dzieckiem)
3. Schudnę w końcu!!! ( pierwsze kroki... wypiłam tymbarka pomidorowego pikantnego, a on jest bardzo dobry na odchudzanie)
To są takie postanowienia na dzisiaj.
Ale do rewolucji właściwie już przystąpiłam. I myślę że skończę dziś albo jutro cudny sweterek dla Pyzy. Tfu Tfu, aby nie zapeszyć.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)



