piątek, 31 stycznia 2014

biegnąca z krowami...

albo raczej za krowami...

Chociaż w sumie wolę z nimi stać, spoufalać się trochę. Za długo nie można, bo przychodzi taki moment, że tracą dystans, chcą się zbliżyć jeszcze bardziej i w dodatku wszystkie naraz, zobaczyć i organoleptycznie sprawdzić co człowiek ma w kieszeni i jak smakuje (i kieszeń i jej ewentualna zawartość i człowiek sam w sobie). Języki mają wielkie, szorstkie i pchają się niesamowicie. No ale dzisiaj, w okolicznościach pożegnalnych pomyziałyśmy się na zapas.

Były prezenty.  Wzruszyłam się i to bardzo. Człowiek, którego opisano mi na początku, jako jednostkę wybitnie oschłą (a nie był taki dla mnie w gruncie rzeczy, starał się  pokazać mi wszystko co uważał za ważne lub interesujące i naprawdę często zapraszał na herbatę) podumał i wyciągnął z biurka czapkę - Proszę! Powiedział szczerze. - W ogóle nie noszona!! I poczułam się NIESAMOWICIE doceniona. Mleko dostałam - w ilości takiej półhurtowej. I jajka. Ale przede wszystkim odebrałam  wielką porcję ludzkiej życzliwości.

I jako prezent pożegnalny  z Odrzechowej zabieram też ten "Wschód słońca z wiatrakami".



piątek, 24 stycznia 2014

blado-siwa mrozu grzywa

- 15 przynajmniej. Drżę.


wtorek, 21 stycznia 2014

jest niedziela, więc wycieczka!

Krótko, w telegraficznym skrócie (muszę iść).

Przejechałam się po "okolicach krosna" - tak wbiłam  w wyszukiwarkę i wyskoczyły mi: Rezerwat Prządki i zamek w Odrzykoniu. Potem miał być jeszcze basen ale duch we mnie upadł.

Najpierw Prządki. Fajne. Mało zadeptane. Wszędzie można chodzić. Widać je z drogi (991) ale drogowskaz kieruje na parking, jakieś dwa kilometry dalej. Tam jest tablica informująca, że do rezerwatu ścieżką czerwoną, a do punktu widokowego niebieską i nie należy jej wierzyć ani trochę!!! Ale spokojnie, da się trafić i bez tego. Z parkingu szeroką i wygodną drogą na południe a po dojściu do lasu w prawo do Prządek a w lewo oglądać widoki.







głazy z piaskowca; zgodnie z legendą - kobiety zamienione w kamień, za straszną zbrodnię przędzenia lnu w niedzielę.

No i już naprawdę bardzo szybko - zamek!
Łatwo trafić. Są tabliczki kierujące.








piątek, 17 stycznia 2014

Co słychać na wsi?

Co słychać?
Zależy gdzie...
Na łące słychać kle, kle...

O, jak bym chciała! Ale to jednak nie ta pora roku zdecydowanie.

Jak na moje ucho, to tutaj najczęściej słyszę cielaki. Cielaki co tu kryć... beczą! Jak się zbliża pora pojenia to człowiek się czuje jak w stadzie baranów. Głodnych baranów. Zresztą to jest cudowny, miły dla ucha  dźwięk, te nie beczące, te cicho leżące i nie mające najogólniej mówiąc chęci do życia wywołują moją frustrację.

Słychać wiatr. Jakżeby inaczej. Dzwonię do domu  tylko z pomieszczeń, bo jak z dworu to Chłopu przeszkadza gwizdanie, wycie, zawodzenie wiatru. Ja się już chyba przyzwyczaiłam.

No i słychać nachalny dźwięk budzika, ostatnio nastawionego na czwartą dwadzieścia. Pięć minut leżę zapuszczając tzw. drzemkę, potem pięć minut na zagotowanie wody na herbatę (też leżę, bo czajnik strategicznie stoi koło łóżka), potem wstaję. Boli, ale można się przyzwyczaić.

I to życie to dla wielu znanych mi osób byłoby jakimś ekstremum... ale po pierwsze to jest zupełnie normalna tubylcza codzienność, a po drugie jako się rzekło już nie raz i nie dwa, ja chyba lubię ekstrema.

W takich miejscach jak to, w takich wyjazdach do poczucia absolutnego szczęścia doprowadzają mnie sprawy tak proste jak to, że wzięłam gorący prysznic, że dostałam długopis i notesik od przedstawiciela jakiejś agro-firmy, że moja szefowa lubi mnie trochę chyba, bo przyniosła mi jajka, a moja gospodyni zgodziła się zrobić mi pranie. To wszystko dzisiaj, więc czuję się wspaniale spełniona.

Poza tym kontynuuję swoje włóczęgi po polach. Widziałam zająca.


środa, 15 stycznia 2014

Wichrowe wzgórza c.d.

Minął tydzień. (I dzień)

Zawodowo niezbyt przełomowy tydzień. Ciągle patrzą na mnie (mam wrażenie) jak na niezbyt rozgarniętą pannę z miasta. Co tu robi??? W gruncie rzeczy trudno i mi nie podzielać tej optyki. No trudno. Jestem z miasta, nie wiem zbyt wiele, za to wykazuję entuzjazm, jestem sympatyczna i karnie stawiam się na miejscu zbiórki o piątej trzydzieści rano. Nawet choroba mnie nie pokonała. Ja ją pokonałam, głównie pitym litrami wywarem z imbiru zakropionym cytryną. Aha, i od tygodnia nie miałam w ustach nic słodkiego. Bardzo dumna jestem z siebie.

Za to poznałam tutejszą Panią Instruktor od koni. I zabrała mnie ze sobą w teren, który jak dla mnie był dość ekstremalny, ale udało się przeżyć. Właściwie najmocniejszym przeżyciem z tej jazdy (oprócz pogody, do której nawiązuje tytuł posta) był pieszy spacer z koniem z górki a potem pod. No myślałam, że wyzieję płuca. Bardzo pięknie tu jest. Pomimo wrednej pogody.


na horyzoncie pierwsze wzniesienia Beskidu Niskiego


to budynek koziarni, w środku (bardzo czystym, suchym, jasnym) mieszkają kozy karpackie




to było jedyne zaciszne miejsce tego dnia, tarniny i głogi potrafią zatrzymać nawet wiatr


i są piękne...



filigranowe, delikatne, kolczaste elementy

Nie chce mi się więcej zdjęć dodać, niestety.



środa, 8 stycznia 2014

co by tu powiedzieć?

Na przykład co bym mogła rzec na pytanie dokąd zmierzam? Co by mogła rzec taka osoba, która maszerując dziarsko przez oborę, starając się usilnie NIE sprawiać wrażenia małego zielonego ludka z kosmosu, maszerując pewnie, pewnie stawiając stopę na kawałku twardego zdawałoby się, acz pokrytego gównem gruntu ląduje nagle w rzeczonym gównie po kolano ( a kalosz niestety, kończy się na dwa palce poniżej). Teraz - imaginujcie - następuje gramolenie się z podłogi, półobrót, a następnie w tym samym wyluzowanym stylu lądujemy w zdradliwej dziurze drugą nogą.

Urocze, to było niewątpliwie urocze! Sama zakochałabym się w sobie, gdybym gdybym...

A teraz spostrzeżenie natury geograficzno-meteorologicznej. Tu jest otóż tak: z lewej góry (Pogórze Dynowskie - patrząc w jedynym słusznym kierunku, czyli w stronę Ustrzyk a do Warszawy plecami), z prawej góry (Beskid Niski) a pomiędzy dosyć długa, niezbyt szeroka, płaska dolina - rynna, idealna do tego aby wiatr mógł się w  niej rozpędzić i... tak już pizga drugi dzień, bo drugi dzień tu jestem, jednakże osoby zagadnięte na tą okoliczność zgodnie oświadczyły - Tu zawsze tak jest!

Także tak: pranie było konieczne, chociaż niezbyt skuteczne, wkładki do kaloszy suszą się na kaloryferze (bo gdzie?) przypominając, że znajdujemy się w gospodarstwie rolnym. Utrzymującym bydło. Nie w hotelu.

Zjadłam brokuła, zjadłam rosół. Jeszcze trochę na jutro zostało. Wypiłam mleka.

Podawałam narzędzia. I wodę. I mydło. I wiaderko na usunięte jądra. Założyłam kolczyk cielakowi. I poiłam cielaczki z wiaderka. To było całkiem przyjemne.

Po co tu jestem? Dokąd zmierzam? Dobre pytanie.