Na przykład co bym mogła rzec na pytanie dokąd zmierzam? Co by mogła rzec taka osoba, która maszerując dziarsko przez oborę, starając się usilnie NIE sprawiać wrażenia małego zielonego ludka z kosmosu, maszerując pewnie, pewnie stawiając stopę na kawałku twardego zdawałoby się, acz pokrytego gównem gruntu ląduje nagle w rzeczonym gównie po kolano ( a kalosz niestety, kończy się na dwa palce poniżej). Teraz - imaginujcie - następuje gramolenie się z podłogi, półobrót, a następnie w tym samym wyluzowanym stylu lądujemy w zdradliwej dziurze drugą nogą.
Urocze, to było niewątpliwie urocze! Sama zakochałabym się w sobie, gdybym gdybym...
A teraz spostrzeżenie natury geograficzno-meteorologicznej. Tu jest otóż tak: z lewej góry (Pogórze Dynowskie - patrząc w jedynym słusznym kierunku, czyli w stronę Ustrzyk a do Warszawy plecami), z prawej góry (Beskid Niski) a pomiędzy dosyć długa, niezbyt szeroka, płaska dolina - rynna, idealna do tego aby wiatr mógł się w niej rozpędzić i... tak już pizga drugi dzień, bo drugi dzień tu jestem, jednakże osoby zagadnięte na tą okoliczność zgodnie oświadczyły - Tu zawsze tak jest!
Także tak: pranie było konieczne, chociaż niezbyt skuteczne, wkładki do kaloszy suszą się na kaloryferze (bo gdzie?) przypominając, że znajdujemy się w gospodarstwie rolnym. Utrzymującym bydło. Nie w hotelu.
Zjadłam brokuła, zjadłam rosół. Jeszcze trochę na jutro zostało. Wypiłam mleka.
Podawałam narzędzia. I wodę. I mydło. I wiaderko na usunięte jądra. Założyłam kolczyk cielakowi. I poiłam cielaczki z wiaderka. To było całkiem przyjemne.
Po co tu jestem? Dokąd zmierzam? Dobre pytanie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz