niedziela, 22 grudnia 2013

kawał dziś

Przychodzi facet do ogrodniczego.
-Poproszę kilo ziemi.
-Nie mamy.
-To poproszę nożyce ogrodnicze.
-Nie mamy.
-To co wy tu w ogóle macie?!
-Nic nie mamy...
-To dlaczego nie zamkniecie?
-Nie mamy kłódek!

by Mała Mi

poniedziałek, 9 grudnia 2013

zimowe światło

bez retuszu, miła codzienność, nie bardzo zimno, ot tak...

a potem wróciliśmy do domu i urządziliśmy eksmisję molom ze spiżarni










poniedziałek, 25 listopada 2013

Dziś rano...

poczułam się jak ten krzew z opowieści Jacka Hugo-Badera, co to kładzie się na ziemi, bo zima już i na stojąco się tego nie da w żaden sposób wytrzymać. Krzew swoją drogą skrzypiący z powodu niedoboru smaru w stawach.
A właśnie, właśnie. Pan ortopeda, bardzo miły i uczynny. Zrobił mi taki fajny zastrzyczek w kolano, ma przestać boleć, najpóźniej za sześć tygodni. Cóż, że na razie boli. Ale przynajmniej mogę powiedzieć, że "trochę" w przeciwieństwie do poprzednich sześciu tygodni, kiedy to było raczej "w chuj, bardzo". Męża i dzieci, ewentualnie czytające ukradkiem, przepraszam, za słowo powszechnie uznawane za wulgarne.
Inne obserwacje dzisiejsze są właściwie natury meteorologicznej: jak już było powiedziane na początku, choć może nie nazbyt dosłownie. Zimno, może dwa lub trzy stopnie. Słońce zdecydowanie zbyt nisko i na zbyt krótko, żeby mój dołujący nastrój gdzieś wznieść się mógł. Wiatr uparcie wdzierający się mi pod warstwy odzieży (dwie). Kupy na drodze. Śmieci w krzakach. Strzelają, więc spanikowany pies też nie daje mi od siebie odpocząć. Czy moje marzenie o książce, herbacie i ciepłych kapciuszkach ma szansę spełnienia? Na razie usypiam M.
Z nowości (ale jaka to nowość, to przypadek stary jak ja) to zmasakrowałam sobie palec wskazujący przy próbie pokrojenia gęsi. Najpierw oczywiście naostrzyłam nóż. (Idzie mi coraz lepiej, naprawdę, teraz noże najczęściej są ostre.) Teraz myślę, że to po prostu zemsta gęsi. Tych obecnych i tych dawnych.

niedziela, 17 listopada 2013

kolejny tydzień mistrzyni?

Po poprzednich dwóch już właściwie czuję się jak master chef, szef wszystkich szefów, krzysiek jarzyna ze szczecina itepe, itede.

Byli my w szpitalu (bardzo miło). W nocy w samochodzie. W nocy w karetce ( ale bez sygnału i tylko z frontu szpitala na tył). W nocy w samochodzie w lesie. Nad ranem na chwilę w domu. Dla M śniadanie do łóżka (strasznie swoją drogą już wyeksploatowane te cycki, nie?!). Dla reszty śniadanie do stołu, zmontowane naprędce z niczego.
Szpital trochę wyludniony, miejsce tajemnicze, ciche, ciemne ale za to z wieeelkim telewizorem tuż na wprost łóżka, cóż, że bez pilota, Mała Mi dał radę, zaledwie raz po drodze fatygując siostrę oddziałową, że coś się popsuło i się nie włącza.
Poszłam sobie raz do podziemii (bardzo słusznie, że trzymają to miejsce z dala od dzieciaków) na batona z automatu. Potem automat się popsuł i już nie chciał moich złotówek, ani dwuzłotówek też.
Spałam na leżance pod kocykiem przywiezionym przytomnie z domu. Jak już płyny serwowane dożylnie się skończyły pilnowałam przyjmowania elektrolitów doustnych. Na szczęście Mi szybko doszedł do stanu pozwalającego na wypisanie pacjenta z tych gościnnych progów. Wróciliśmy do domu.

Tu M dostała 40 stopni gorączki. Ale przynajmniej chłop wrócił z Tamtąd. Wrócił, użalił się nad moim ciężkim losem, zapewnił, że kupi mi nowy mikser. I kupił. Taki sam jak miałam, żeby był kompatybilny z pozostałą, niezepsutą resztą wyposażenia. EEEE. A ja tu już roiłam Kenłuda...

Ale, ale mój błąd, bo zamiast udawać, że bez miksera w ogóle się nie da, to zmontowałam kolację na 7 osób z ciastem i innymi dodatkami smakowymi wyłącznie przy pomocy rąk - prawej i lewej, a i zupę M wtrząchnęła nieprzetartą a jedynie brukselkę rozgniotłam widelcem.

Także tak. Kolejny tydzień mistrzyni walk środkowoeuropejskich chciałaby spędzić z książką, przy kawie, ze słodko bawiącym się dzieckiem przy stopach, obutych w kapcie z futerkiem.

niedziela, 10 listopada 2013

trochę o tym, trochę o owym

Czego dyszysz cholero, to tak na wstępie zagajam do kompa
***
Już, już chciałam napisać  ŻE BIEGAM!
Ale to by było przedwczesne, jednak.
Zwiększałam dystans, pewnie zbyt radykalnie. To się pewnie tak nie robi, żeby po dłuższej przerwie machnąć od razu pięć, potem tydzień nic, potem sześć. Ale tak właśnie zrobiłam, nie myśląc za wiele, tylko upojona faktem, że M śpi, Duży jej pilnuje, a ja mam godzinę tylko dla siebie i sama ze sobą, powtarzałam sobie obsesyjnie "możesz, możesz..." oraz, że zmęczenie jest tylko stanem umysłu. W gruncie rzeczy nadal w to wierzę. Co nie zmienia faktu że po dwóch dniach od tego ostatniego wyczynu nie mogłam już nie tylko biegać ale i chodzić w miarę płynnie. I tak to trwa. Boli kurewsko! Pomyśleć, że kilka miesięcy temu dzwoniłam do ojca, bo nie mogłam sobie przypomnieć, które to kolano mam popsute (któremu należy się stabilizator, przed wyjściem na rolki). Cóż, sport jak widać to nie tylko samo zdrowie, ale i najlepsze lekarstwo na problemy z pamięcią.
Żałuję, bardzo sama siebie żałuję. Było fajnie. Byłam zmotywowana. Byłam w końcu spocona i hiper szczęśliwa. No i nie wiem co się właściwie stało, bo żadnego urazu nie pamiętam z tego ostatniego biegu.
A teraz nie mogę spać z bólu.
***
Chłop wyjechał i jest TAM.
Tam pociąga mnie najczarniejsza noc, nie ma takiej w Warszawie.
A nad morzem w listopadzie pociąga mnie pusta, wyblakła plaża i siny kolor morza i wycie wiatru i łomot fal. Tak, wiem pociągają mnie dziwne rzeczy.
No nic, tego nie ma.
Jest jednak i w Warszawie ołowiane niebo, zbutwiały zapach lasu w mżawce, chłód od którego odgradzam się wyłącznie swetrem i szalikiem i kontestuję różne tam kurtki nieprzemakalno-wiatroszczelne i ogrzewane 100% poliestrem, wyznaję bowiem pogląd, że także i zimno jest tylko stanem umysłu. W gruncie rzeczy jest pięknie. Codzienny spacer potrzebny mi jest dla higieny duszy. Pogoda jak wiadomo jest zawsze. Stan aury nie ma dla mnie wielkiego znaczenia. Właściwie lubię kiedy chłop wyjeżdża. Jestem wtedy silniejsza, szybsza, bardziej zorganizowana. Mam o sobie lepsze zdanie, nie potrzebuję potwierdzenia. Nie oczekuję, ze coś dostanę. Ale przydzielam zadania i egzekwuję ich wykonanie. Chyba też mniej zrzędzę. Jest mnie  więcej. To ciekawe...
***
Zepsuł się mikser.
Potrzebuję więcej muzyki. ( A nie cierpię muzyki z kompa, no nie trawię!)
Denerwuje mnie też mój (a właściwe Małej Mi) aparat fotograficzny.
Święty Mikołaju! (Ty co przychodzisz szóstego grudnia!) - to wskazówki dla Ciebie!
***
A w centrum dzisiaj, oprócz wielkiej ilości autobusów i tramwajów - nie dało się nie zauważyć, tak długotrwały i głośny był entuzjazm M - były trawniki usiane listopadowymi stokrotkami.
Brak fotki bo - patrz wyżej.

Ale:


tak było jeszcze niedawno...

niedziela, 13 października 2013

O tym jak znowu nie biegałam

Muzyka gra i jest po północy, zakładam więc, że pisało się będzie dobrze.

(O północy w Paryżu gra)

Jakkolwiek znajdujemy się w Warszawie.

Apoptoza w pełni. A jutro od rana wieś. Żeby te dzieci jeszcze mniej bezczelne. Żeby im Bozia jakiś sukces zesłała, w matematyce, w piłce nożnej, w kulturze osobistej chociażby... No bo dzisiaj to było 7:0 w sporcie, i nicnamniezadali mamooo i pyskówka przy stole, już nie pamiętam na jaki konkretnie temat i z jakiej okazji.

Chłop ma wizję nowych krzeseł. Ja uplotłam nowe kulki
On był (na zastępstwie) kierownikiem drużyny (na wyjeździe)
Ja popędziłam swoje niewielkie stadko do lasu, gdzie spędziłyśmy miło półtorej godziny zajęte swoimi sprawami: Bączek grzebał patykiem w piasku, rył w leśnym runie, dosiadał psa, ja czytałam gazetę i gapiłam się na liście, pies leżał, czasami znikał i go nie było, wracał, strofowałam wtedy - Miałeś nas pilnować bydlaku! Gdzie się szwendasz?!



Ból istnienia jest: bolą mnie stopy, kręgosłup, pierś, głowa. Chciałam biegać, naprawdę, ale bolała mnie głowa. I znowu się nie udało

czwartek, 19 września 2013

lato było, minęło, nie wróci?

Źle mi.

Tym pesymistycznym akcentem można by zamknąć sprawę, tym bardziej że w głowie mam sieczkarnię. Tak to odbieram przynajmniej. Nie mogę skupić uwagi. Chyba, że to chodzi o tępienie robactwa w łazience. Nieco pomagają plany antykryzysowe spisywane świecową kredką na karteluszkach wielkości pudełka od tychże kredek. Tam takie ambitne zadania jak: Obiad! Sprzątnąć kotu kuwetę! Nastawić pralkę!

Tak, wiem, są matki na etacie i świetnie sobie radzą z tym samym co ja, a nawet jeszcze lepiej i paznokcie mają zawsze zrobione.

Tak wiem, mój chłop zarabia, a pracę ma nerwową i sama nie wiem czego ja jeszcze od niego chcę.

Ale i tak się czuję jak praczka/pomywaczka, dziewka kuchenna/łaziebna, szofer/sprzątaczka i opiekunka do dziecka. Wszystko to mało prestiżowe zajęcia, z tą różnicą, że zawsze jakoś tam płatne, nawet jeśli mało, no i jakieś wolne też jak sądzę od czasu do czasu przysługuje, a zarobione pieniądze można wydać na co tam się chce, choćby to i było uwalenie się do nieprzytomności, za czym w sumie nie tęsknię ale miło byłoby mieć świadomość, że można w razie jakby co.

Jeszcze czuję się niekochana. To strasznie smętne uczucie. Nasze rozmowy dotyczą obsługi dzieci. Wyłącznie!
Dzisiaj:
-Ty odbierzesz Małą Mi ze szkoły. Trzeba mu zrobić 2 kanapki, herbatę do termosu, butelkę wody, zbiórka o 15.30. Poszedł do szkoły w samym swetrze, musisz mu spakować bluzę i kurtkę przeciwdeszczową.
-Dobrze..
-Ja odbiorę Dużego po zajęciach, będziemy w domu parę minut po dwudziestej.
Takie, wyłącznie takie dialogi prowadzimy.

Kochany pamiętniczku, czy to jest jeszcze miłość?

Tak, że w sprawie lata - nie wiem, pytanie pozostaje otwarte, moja natomiast teoria dotycząca zimy, jest taka, że będzie ona długa i zła.

niedziela, 19 maja 2013

Gdybym miała milion sto....

Nie zastanawiałabym się długo, naprawdę...
Ale nie mam.
A to prawdopodobnie oznacza, że nie mam się również nad czym zastanawiać, o czym dumać i czego żałować. To ostatnie najbardziej. Gdyż trzeba z filozoficznym spokojem przyjmować, co nam niesie los.
Mój kazał mi wdrapywać się pod porosłą trawą (pastwisko trwałe) górę, tachając przy tym dziecko, które wyrywało się, wierzgało i darło wniebogłosy.
Głębszy sens tej wycieczki upatruję w zrzuceniu (być może) kilku kilogramów. Albo chociaż jednego.

No tak czy inaczej wróciłam.

Było bardzo zielono. Pachniało upajająco. Miękko rozcinałam powietrze wieczoru. Powietrze mnie miękko opływało.
Chłopy z pola do mnie coś krzyczały, kiedy przechodziłam mimo. Być może było to:
"Halo! Buty ci się palą"... albo coś w tym stylu.
Kot bezczelnie ładował się do domu. Miał mega wielkie pchły.
Lizała mnie krowa. Pies też zresztą.

Przekwitły już pierwiosnki. Bazie gubią ostatnie wełniste kłaczki, naprowadzając mnie na nowo na myśl o przędzeniu. Teraz kwitną takie wielkie chabry (nigdy takich nie widziałam) i wielkie białe wiechcie-kiście przydrożne.

Wróciłam i powiedziałam do chłopa:
"Pomyśl! Mamy czterdzieści lat! Za dziesięć lat naprawdę nie będzie nam się już chciało. Jeżeli mamy coś zrobić, zróbmy to teraz!"
Zostawiłam go z tą fedrującą mózg prawdą.


A zdjęcie jest powrotne. W podróży wszystko się zaciera, miesza się, przenika.

czwartek, 4 kwietnia 2013

Czuję się gównianie i jest mi przykro gdyż...

Iż, że, ponieważ ciągle pada, bez pamięci, raz deszcz, raz śnieg. Skóra jest od tego wilgotna, niedogrzana, sucha i piekąca. I chociaż brzmi to bez sensu to tak jest w istocie. W dodatku: lawiny schodzące z dachu samoistnie, niekręcące się kółka od wózka, śnieg nasiąknięty wodą jak topielec w stawie rybnym, każda łopata wywołuje żywiołowe mojego kręgosłupa wołanie na ratunek. Nie myślę, reaguję (słabo) instynktownie. Co mój syn a także facet z Orendża mieli okazję stwierdzić osobiście. Moje odzywki monochromatyczne: "No", "I?", "Mam to w dupie"
Po tej ostatniej ocknęłam się trochę. "Przepraszam" - rzekłam. "Bardzo Cię przepraszam. Tylko nie mów Tacie."
Po czym wpadłam w nerwowy śmiechopłacz, bez łez.

wtorek, 26 marca 2013

nic tego nie zapowiadało...

A tu jednak jakby wiosna. Trochę...




śniegi spłynęły i zrobiło się kolorowiej...

Na wystawie wypatrzyłam sobie śliczne mitenki w kolorze kanarka z papużką falistą...



(nie, nie kupiłam, nie miałam zresztą nawet za co, tak tylko sobie będę do nich wzdychać),

 oraz torebkę...



Nawet Warszawa-Powiśle miała jakiś taki słoneczny wyraz twarzy; a ludzie mili, pomogli wózek wnieść i znieść, moja centro-warszawska fobia nieco zmalała, nawet nadpobudliwe kanary w pociągu SKM nie popsuły mi nastroju (no , częściowo zapewne dlatego, że miałam bilet :)


To była taka wycieczka, trochę nieplanowana, ale udana. Na naszej wsi za to zlodowacenie jeszcze nie mija, chociaż  - tak to filozoficznie ujmę - wszystko płynie!




Na koniec takie krzaki, które lubię fotografować w różnych okolicznościach przyrody. Tym razem mało je  widać, bo tkwią w zaspie po... cienkie gałązki?


Naprawdę! Jest wiosennie.

wtorek, 29 stycznia 2013

bardzo, bardzo zimno!

Oczywiście subiektywnie. Czy ja w ogóle umiem inaczej. Bo przecież na plusie, I pada deszcz, nie śnieg. I kapie z dachu. Ciemnieje. Dziecko śpi. Czekam na kuriera z książkami i płytami. Jak dojedzie, to puszczę sobie Marię Peszek i dopiero się będę dołować. Dopiero będzie zima! Pięknie. Idę dłubać.