Źle mi.
Tym pesymistycznym akcentem można by zamknąć sprawę, tym bardziej że w głowie mam sieczkarnię. Tak to odbieram przynajmniej. Nie mogę skupić uwagi. Chyba, że to chodzi o tępienie robactwa w łazience. Nieco pomagają plany antykryzysowe spisywane świecową kredką na karteluszkach wielkości pudełka od tychże kredek. Tam takie ambitne zadania jak: Obiad! Sprzątnąć kotu kuwetę! Nastawić pralkę!
Tak, wiem, są matki na etacie i świetnie sobie radzą z tym samym co ja, a nawet jeszcze lepiej i paznokcie mają zawsze zrobione.
Tak wiem, mój chłop zarabia, a pracę ma nerwową i sama nie wiem czego ja jeszcze od niego chcę.
Ale i tak się czuję jak praczka/pomywaczka, dziewka kuchenna/łaziebna, szofer/sprzątaczka i opiekunka do dziecka. Wszystko to mało prestiżowe zajęcia, z tą różnicą, że zawsze jakoś tam płatne, nawet jeśli mało, no i jakieś wolne też jak sądzę od czasu do czasu przysługuje, a zarobione pieniądze można wydać na co tam się chce, choćby to i było uwalenie się do nieprzytomności, za czym w sumie nie tęsknię ale miło byłoby mieć świadomość, że można w razie jakby co.
Jeszcze czuję się niekochana. To strasznie smętne uczucie. Nasze rozmowy dotyczą obsługi dzieci. Wyłącznie!
Dzisiaj:
-Ty odbierzesz Małą Mi ze szkoły. Trzeba mu zrobić 2 kanapki, herbatę do termosu, butelkę wody, zbiórka o 15.30. Poszedł do szkoły w samym swetrze, musisz mu spakować bluzę i kurtkę przeciwdeszczową.
-Dobrze..
-Ja odbiorę Dużego po zajęciach, będziemy w domu parę minut po dwudziestej.
Takie, wyłącznie takie dialogi prowadzimy.
Kochany pamiętniczku, czy to jest jeszcze miłość?
Tak, że w sprawie lata - nie wiem, pytanie pozostaje otwarte, moja natomiast teoria dotycząca zimy, jest taka, że będzie ona długa i zła.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz