poczułam się jak ten krzew z opowieści Jacka Hugo-Badera, co to kładzie się na ziemi, bo zima już i na stojąco się tego nie da w żaden sposób wytrzymać. Krzew swoją drogą skrzypiący z powodu niedoboru smaru w stawach.
A właśnie, właśnie. Pan ortopeda, bardzo miły i uczynny. Zrobił mi taki fajny zastrzyczek w kolano, ma przestać boleć, najpóźniej za sześć tygodni. Cóż, że na razie boli. Ale przynajmniej mogę powiedzieć, że "trochę" w przeciwieństwie do poprzednich sześciu tygodni, kiedy to było raczej "w chuj, bardzo". Męża i dzieci, ewentualnie czytające ukradkiem, przepraszam, za słowo powszechnie uznawane za wulgarne.
Inne obserwacje dzisiejsze są właściwie natury meteorologicznej: jak już było powiedziane na początku, choć może nie nazbyt dosłownie. Zimno, może dwa lub trzy stopnie. Słońce zdecydowanie zbyt nisko i na zbyt krótko, żeby mój dołujący nastrój gdzieś wznieść się mógł. Wiatr uparcie wdzierający się mi pod warstwy odzieży (dwie). Kupy na drodze. Śmieci w krzakach. Strzelają, więc spanikowany pies też nie daje mi od siebie odpocząć. Czy moje marzenie o książce, herbacie i ciepłych kapciuszkach ma szansę spełnienia? Na razie usypiam M.
Z nowości (ale jaka to nowość, to przypadek stary jak ja) to zmasakrowałam sobie palec wskazujący przy próbie pokrojenia gęsi. Najpierw oczywiście naostrzyłam nóż. (Idzie mi coraz lepiej, naprawdę, teraz noże najczęściej są ostre.) Teraz myślę, że to po prostu zemsta gęsi. Tych obecnych i tych dawnych.
poniedziałek, 25 listopada 2013
niedziela, 17 listopada 2013
kolejny tydzień mistrzyni?
Po poprzednich dwóch już właściwie czuję się jak master chef, szef wszystkich szefów, krzysiek jarzyna ze szczecina itepe, itede.
Byli my w szpitalu (bardzo miło). W nocy w samochodzie. W nocy w karetce ( ale bez sygnału i tylko z frontu szpitala na tył). W nocy w samochodzie w lesie. Nad ranem na chwilę w domu. Dla M śniadanie do łóżka (strasznie swoją drogą już wyeksploatowane te cycki, nie?!). Dla reszty śniadanie do stołu, zmontowane naprędce z niczego.
Szpital trochę wyludniony, miejsce tajemnicze, ciche, ciemne ale za to z wieeelkim telewizorem tuż na wprost łóżka, cóż, że bez pilota, Mała Mi dał radę, zaledwie raz po drodze fatygując siostrę oddziałową, że coś się popsuło i się nie włącza.
Poszłam sobie raz do podziemii (bardzo słusznie, że trzymają to miejsce z dala od dzieciaków) na batona z automatu. Potem automat się popsuł i już nie chciał moich złotówek, ani dwuzłotówek też.
Spałam na leżance pod kocykiem przywiezionym przytomnie z domu. Jak już płyny serwowane dożylnie się skończyły pilnowałam przyjmowania elektrolitów doustnych. Na szczęście Mi szybko doszedł do stanu pozwalającego na wypisanie pacjenta z tych gościnnych progów. Wróciliśmy do domu.
Tu M dostała 40 stopni gorączki. Ale przynajmniej chłop wrócił z Tamtąd. Wrócił, użalił się nad moim ciężkim losem, zapewnił, że kupi mi nowy mikser. I kupił. Taki sam jak miałam, żeby był kompatybilny z pozostałą, niezepsutą resztą wyposażenia. EEEE. A ja tu już roiłam Kenłuda...
Ale, ale mój błąd, bo zamiast udawać, że bez miksera w ogóle się nie da, to zmontowałam kolację na 7 osób z ciastem i innymi dodatkami smakowymi wyłącznie przy pomocy rąk - prawej i lewej, a i zupę M wtrząchnęła nieprzetartą a jedynie brukselkę rozgniotłam widelcem.
Także tak. Kolejny tydzień mistrzyni walk środkowoeuropejskich chciałaby spędzić z książką, przy kawie, ze słodko bawiącym się dzieckiem przy stopach, obutych w kapcie z futerkiem.
Byli my w szpitalu (bardzo miło). W nocy w samochodzie. W nocy w karetce ( ale bez sygnału i tylko z frontu szpitala na tył). W nocy w samochodzie w lesie. Nad ranem na chwilę w domu. Dla M śniadanie do łóżka (strasznie swoją drogą już wyeksploatowane te cycki, nie?!). Dla reszty śniadanie do stołu, zmontowane naprędce z niczego.
Szpital trochę wyludniony, miejsce tajemnicze, ciche, ciemne ale za to z wieeelkim telewizorem tuż na wprost łóżka, cóż, że bez pilota, Mała Mi dał radę, zaledwie raz po drodze fatygując siostrę oddziałową, że coś się popsuło i się nie włącza.
Poszłam sobie raz do podziemii (bardzo słusznie, że trzymają to miejsce z dala od dzieciaków) na batona z automatu. Potem automat się popsuł i już nie chciał moich złotówek, ani dwuzłotówek też.
Spałam na leżance pod kocykiem przywiezionym przytomnie z domu. Jak już płyny serwowane dożylnie się skończyły pilnowałam przyjmowania elektrolitów doustnych. Na szczęście Mi szybko doszedł do stanu pozwalającego na wypisanie pacjenta z tych gościnnych progów. Wróciliśmy do domu.
Tu M dostała 40 stopni gorączki. Ale przynajmniej chłop wrócił z Tamtąd. Wrócił, użalił się nad moim ciężkim losem, zapewnił, że kupi mi nowy mikser. I kupił. Taki sam jak miałam, żeby był kompatybilny z pozostałą, niezepsutą resztą wyposażenia. EEEE. A ja tu już roiłam Kenłuda...
Ale, ale mój błąd, bo zamiast udawać, że bez miksera w ogóle się nie da, to zmontowałam kolację na 7 osób z ciastem i innymi dodatkami smakowymi wyłącznie przy pomocy rąk - prawej i lewej, a i zupę M wtrząchnęła nieprzetartą a jedynie brukselkę rozgniotłam widelcem.
Także tak. Kolejny tydzień mistrzyni walk środkowoeuropejskich chciałaby spędzić z książką, przy kawie, ze słodko bawiącym się dzieckiem przy stopach, obutych w kapcie z futerkiem.
niedziela, 10 listopada 2013
trochę o tym, trochę o owym
Czego dyszysz cholero, to tak na wstępie zagajam do kompa
***
Już, już chciałam napisać ŻE BIEGAM!
Ale to by było przedwczesne, jednak.
Zwiększałam dystans, pewnie zbyt radykalnie. To się pewnie tak nie robi, żeby po dłuższej przerwie machnąć od razu pięć, potem tydzień nic, potem sześć. Ale tak właśnie zrobiłam, nie myśląc za wiele, tylko upojona faktem, że M śpi, Duży jej pilnuje, a ja mam godzinę tylko dla siebie i sama ze sobą, powtarzałam sobie obsesyjnie "możesz, możesz..." oraz, że zmęczenie jest tylko stanem umysłu. W gruncie rzeczy nadal w to wierzę. Co nie zmienia faktu że po dwóch dniach od tego ostatniego wyczynu nie mogłam już nie tylko biegać ale i chodzić w miarę płynnie. I tak to trwa. Boli kurewsko! Pomyśleć, że kilka miesięcy temu dzwoniłam do ojca, bo nie mogłam sobie przypomnieć, które to kolano mam popsute (któremu należy się stabilizator, przed wyjściem na rolki). Cóż, sport jak widać to nie tylko samo zdrowie, ale i najlepsze lekarstwo na problemy z pamięcią.
Żałuję, bardzo sama siebie żałuję. Było fajnie. Byłam zmotywowana. Byłam w końcu spocona i hiper szczęśliwa. No i nie wiem co się właściwie stało, bo żadnego urazu nie pamiętam z tego ostatniego biegu.
A teraz nie mogę spać z bólu.
***
Chłop wyjechał i jest TAM.
Tam pociąga mnie najczarniejsza noc, nie ma takiej w Warszawie.
A nad morzem w listopadzie pociąga mnie pusta, wyblakła plaża i siny kolor morza i wycie wiatru i łomot fal. Tak, wiem pociągają mnie dziwne rzeczy.
No nic, tego nie ma.
Jest jednak i w Warszawie ołowiane niebo, zbutwiały zapach lasu w mżawce, chłód od którego odgradzam się wyłącznie swetrem i szalikiem i kontestuję różne tam kurtki nieprzemakalno-wiatroszczelne i ogrzewane 100% poliestrem, wyznaję bowiem pogląd, że także i zimno jest tylko stanem umysłu. W gruncie rzeczy jest pięknie. Codzienny spacer potrzebny mi jest dla higieny duszy. Pogoda jak wiadomo jest zawsze. Stan aury nie ma dla mnie wielkiego znaczenia. Właściwie lubię kiedy chłop wyjeżdża. Jestem wtedy silniejsza, szybsza, bardziej zorganizowana. Mam o sobie lepsze zdanie, nie potrzebuję potwierdzenia. Nie oczekuję, ze coś dostanę. Ale przydzielam zadania i egzekwuję ich wykonanie. Chyba też mniej zrzędzę. Jest mnie więcej. To ciekawe...
***
Zepsuł się mikser.
Potrzebuję więcej muzyki. ( A nie cierpię muzyki z kompa, no nie trawię!)
Denerwuje mnie też mój (a właściwe Małej Mi) aparat fotograficzny.
Święty Mikołaju! (Ty co przychodzisz szóstego grudnia!) - to wskazówki dla Ciebie!
***
A w centrum dzisiaj, oprócz wielkiej ilości autobusów i tramwajów - nie dało się nie zauważyć, tak długotrwały i głośny był entuzjazm M - były trawniki usiane listopadowymi stokrotkami.
Brak fotki bo - patrz wyżej.
Ale:
***
Już, już chciałam napisać ŻE BIEGAM!
Ale to by było przedwczesne, jednak.
Zwiększałam dystans, pewnie zbyt radykalnie. To się pewnie tak nie robi, żeby po dłuższej przerwie machnąć od razu pięć, potem tydzień nic, potem sześć. Ale tak właśnie zrobiłam, nie myśląc za wiele, tylko upojona faktem, że M śpi, Duży jej pilnuje, a ja mam godzinę tylko dla siebie i sama ze sobą, powtarzałam sobie obsesyjnie "możesz, możesz..." oraz, że zmęczenie jest tylko stanem umysłu. W gruncie rzeczy nadal w to wierzę. Co nie zmienia faktu że po dwóch dniach od tego ostatniego wyczynu nie mogłam już nie tylko biegać ale i chodzić w miarę płynnie. I tak to trwa. Boli kurewsko! Pomyśleć, że kilka miesięcy temu dzwoniłam do ojca, bo nie mogłam sobie przypomnieć, które to kolano mam popsute (któremu należy się stabilizator, przed wyjściem na rolki). Cóż, sport jak widać to nie tylko samo zdrowie, ale i najlepsze lekarstwo na problemy z pamięcią.
Żałuję, bardzo sama siebie żałuję. Było fajnie. Byłam zmotywowana. Byłam w końcu spocona i hiper szczęśliwa. No i nie wiem co się właściwie stało, bo żadnego urazu nie pamiętam z tego ostatniego biegu.
A teraz nie mogę spać z bólu.
***
Chłop wyjechał i jest TAM.
Tam pociąga mnie najczarniejsza noc, nie ma takiej w Warszawie.
A nad morzem w listopadzie pociąga mnie pusta, wyblakła plaża i siny kolor morza i wycie wiatru i łomot fal. Tak, wiem pociągają mnie dziwne rzeczy.
No nic, tego nie ma.
Jest jednak i w Warszawie ołowiane niebo, zbutwiały zapach lasu w mżawce, chłód od którego odgradzam się wyłącznie swetrem i szalikiem i kontestuję różne tam kurtki nieprzemakalno-wiatroszczelne i ogrzewane 100% poliestrem, wyznaję bowiem pogląd, że także i zimno jest tylko stanem umysłu. W gruncie rzeczy jest pięknie. Codzienny spacer potrzebny mi jest dla higieny duszy. Pogoda jak wiadomo jest zawsze. Stan aury nie ma dla mnie wielkiego znaczenia. Właściwie lubię kiedy chłop wyjeżdża. Jestem wtedy silniejsza, szybsza, bardziej zorganizowana. Mam o sobie lepsze zdanie, nie potrzebuję potwierdzenia. Nie oczekuję, ze coś dostanę. Ale przydzielam zadania i egzekwuję ich wykonanie. Chyba też mniej zrzędzę. Jest mnie więcej. To ciekawe...
***
Zepsuł się mikser.
Potrzebuję więcej muzyki. ( A nie cierpię muzyki z kompa, no nie trawię!)
Denerwuje mnie też mój (a właściwe Małej Mi) aparat fotograficzny.
Święty Mikołaju! (Ty co przychodzisz szóstego grudnia!) - to wskazówki dla Ciebie!
***
A w centrum dzisiaj, oprócz wielkiej ilości autobusów i tramwajów - nie dało się nie zauważyć, tak długotrwały i głośny był entuzjazm M - były trawniki usiane listopadowymi stokrotkami.
Brak fotki bo - patrz wyżej.
Ale:
tak było jeszcze niedawno...
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)