Po poprzednich dwóch już właściwie czuję się jak master chef, szef wszystkich szefów, krzysiek jarzyna ze szczecina itepe, itede.
Byli my w szpitalu (bardzo miło). W nocy w samochodzie. W nocy w karetce ( ale bez sygnału i tylko z frontu szpitala na tył). W nocy w samochodzie w lesie. Nad ranem na chwilę w domu. Dla M śniadanie do łóżka (strasznie swoją drogą już wyeksploatowane te cycki, nie?!). Dla reszty śniadanie do stołu, zmontowane naprędce z niczego.
Szpital trochę wyludniony, miejsce tajemnicze, ciche, ciemne ale za to z wieeelkim telewizorem tuż na wprost łóżka, cóż, że bez pilota, Mała Mi dał radę, zaledwie raz po drodze fatygując siostrę oddziałową, że coś się popsuło i się nie włącza.
Poszłam sobie raz do podziemii (bardzo słusznie, że trzymają to miejsce z dala od dzieciaków) na batona z automatu. Potem automat się popsuł i już nie chciał moich złotówek, ani dwuzłotówek też.
Spałam na leżance pod kocykiem przywiezionym przytomnie z domu. Jak już płyny serwowane dożylnie się skończyły pilnowałam przyjmowania elektrolitów doustnych. Na szczęście Mi szybko doszedł do stanu pozwalającego na wypisanie pacjenta z tych gościnnych progów. Wróciliśmy do domu.
Tu M dostała 40 stopni gorączki. Ale przynajmniej chłop wrócił z Tamtąd. Wrócił, użalił się nad moim ciężkim losem, zapewnił, że kupi mi nowy mikser. I kupił. Taki sam jak miałam, żeby był kompatybilny z pozostałą, niezepsutą resztą wyposażenia. EEEE. A ja tu już roiłam Kenłuda...
Ale, ale mój błąd, bo zamiast udawać, że bez miksera w ogóle się nie da, to zmontowałam kolację na 7 osób z ciastem i innymi dodatkami smakowymi wyłącznie przy pomocy rąk - prawej i lewej, a i zupę M wtrząchnęła nieprzetartą a jedynie brukselkę rozgniotłam widelcem.
Także tak. Kolejny tydzień mistrzyni walk środkowoeuropejskich chciałaby spędzić z książką, przy kawie, ze słodko bawiącym się dzieckiem przy stopach, obutych w kapcie z futerkiem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz