poczułam się jak ten krzew z opowieści Jacka Hugo-Badera, co to kładzie się na ziemi, bo zima już i na stojąco się tego nie da w żaden sposób wytrzymać. Krzew swoją drogą skrzypiący z powodu niedoboru smaru w stawach.
A właśnie, właśnie. Pan ortopeda, bardzo miły i uczynny. Zrobił mi taki fajny zastrzyczek w kolano, ma przestać boleć, najpóźniej za sześć tygodni. Cóż, że na razie boli. Ale przynajmniej mogę powiedzieć, że "trochę" w przeciwieństwie do poprzednich sześciu tygodni, kiedy to było raczej "w chuj, bardzo". Męża i dzieci, ewentualnie czytające ukradkiem, przepraszam, za słowo powszechnie uznawane za wulgarne.
Inne obserwacje dzisiejsze są właściwie natury meteorologicznej: jak już było powiedziane na początku, choć może nie nazbyt dosłownie. Zimno, może dwa lub trzy stopnie. Słońce zdecydowanie zbyt nisko i na zbyt krótko, żeby mój dołujący nastrój gdzieś wznieść się mógł. Wiatr uparcie wdzierający się mi pod warstwy odzieży (dwie). Kupy na drodze. Śmieci w krzakach. Strzelają, więc spanikowany pies też nie daje mi od siebie odpocząć. Czy moje marzenie o książce, herbacie i ciepłych kapciuszkach ma szansę spełnienia? Na razie usypiam M.
Z nowości (ale jaka to nowość, to przypadek stary jak ja) to zmasakrowałam sobie palec wskazujący przy próbie pokrojenia gęsi. Najpierw oczywiście naostrzyłam nóż. (Idzie mi coraz lepiej, naprawdę, teraz noże najczęściej są ostre.) Teraz myślę, że to po prostu zemsta gęsi. Tych obecnych i tych dawnych.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz