poniedziałek, 30 listopada 2015

tymczasem...

Listopadowy (jutro już grudniowy) mrok. Czas jakby stanął w miejscu, chociaż z drugiej strony niesie tyle zmian i trzyma mnie z torbą spakowaną na stałe, aby dokądś jechać, skądś wracać, nie daje się zatrzymać, nie daje odetchnąć. A stanął w miejscu bo znowu jak rok temu o tej porze tkwię w areszcie domowym pojąc M butelkami syropu przeciwgorączkowego, chociaż jazda przez noc do szpitala okazała się tym razem tylko jednorazowym, trwającym może godzinę wybrykiem. Wybrykiem w zimną, mroźną noc. Noc, która skuteczniej schłodziła ciało mojej córki, niż wcześniejsza, trzecia z kolei dawka specyfiku z białej butelki.

Pracuję, ale ta praca nie daje ukojenia. Jest podszyta ciągłym moim lękiem, że nie wiem, nie umiem, nie dam rady i że ZOSTANĘ ROZPOZNANA, jako ta która nie wie, która tylko udaje. Pracuję więc, ale nękają mnie wątpliwości. Pytania o sens. Ale trwam. Karnie wstaję o piątej trzydzieści jeżeli akurat jadę do pracy. Wiem, że o ósmej odjazd spod domu, ewentualnie spod przedszkola, jeżeli M akurat jest zdrowa i do przedszkola się kwalifikuje. O ósmej trzydzieści mam obowiązek wjechać na obwodnicę Mińska Mazowieckiego, wtedy spokojnie trzymając się założonej ekonomicznej prędkości dojeżdżam na dziewiątą do pracy. Która skończy się o nieznanej godzinie. Z której będę wracać następnego dnia, albo za dwa, albo za trzy dni z poczuciem że nie wytrzymam bez snu ani minuty dłużej, być może z czekoladą "ratującą życie", może z konieczności, tak jak było ostatnio zatrzymam się gdzieś na poboczu w Sulejówku, żeby w niewygodnej pozycji zamknąć oczy na chwilę, nie wiadomo jak długo trwającą. I tak prawie wjadę w wysepkę na ostatnich pięciuset metrach. Prawie jednak, jak wiadomo - czyni różnicę.

Ukojenia nie daje, ale daje jakieś tam pieniądze, które i tak rozchodzą się za szybko, nie umiem ciułać.

W pracy, w tzw. "części mieszkalnej" (eufemizm) jest zimno. Wpadam tam w sen jak kamień wpada w wodę. Dwa dni są ok. Trzy - męczące. Czterodniowy kombajn - prawie nie do zniesienia. W dni kiedy przypada mój "dyżur nocny" kładę się spać z duszą na ramieniu i gorącą modlitwą, żeby wszystko było zdrowe, żeby nikt nie zadzwonił. Jestem tchórzem, taką prawdę o mnie odsłonił  ten pięciomiesięczny na razie eksperyment, z którego modlę się abyśmy wyszli cało.

Cało - jako rodzina, cało - jako ja z K, cało - jako dzieci same w sobie, ich zdrowie psychiczne, ich poczucie stabilności, ich marzenia - pewnie jakieś mają, chociaż ja o nich nic nie wiem, pewnie niezbyt udana ze mnie matka. Czy to możliwe, żeby marzyli tylko o tym, żeby zabijać wszystko co się rusza na ekranie komputera, i żeby nikt nie przerywał tej jatki przez cały boży dzień, może dłużej? Rozsądek podpowiada, że nie... ale nie wiem. K chodzi wkurwiony. A przynajmniej takie sprawia wrażenie. Wyjeżdża w swoich  męskich-wiejskich sprawach kiedy chce i nawet nie udaje, że ma zamiar coś ze mną ustalać. Również muszę zauważyć, kiedy ostatnio mała gorączkowała wysoko w dzień i w nocy, to nie było tematu, kto nie śpi, kto mierzy temperaturę, podaje leki i chłodzi czoło, kto ma budzik ustawiony co godzinę i kto nie idzie do pracy następnego dnia.

Czy ja wytrzymam? Taka myśl się tłucze, uparcie. Czy ja tego pragnę, naprawdę chcę?
Nie wytrzyma....lokalna loża szyderców, nie ma co do tego wątpliwości.
Kiedyś słyszałam że: nie pracuję, "siedzę w domu", K biedny, zapracowany,wykończony, na jego barkach cały ciężar...
Teraz: ciągle mnie nie ma, K biedny, zapracowany, wykończony, na jego barkach cały ciężar.... a, no i dzieci biedne!
Oczywiście komentatorzy są tylko od komentowania, nawet im myśl nie błyśnie, żeby pomóc coś, chociażby obiad ugotować.... o jak ja nie lubię w gruncie rzeczy tego użalania się, dość już, potrzebuję dobrej, mądrej rozmowy, dojrzałego wspierającego rozmówcy, ale też nie występującego z pozycji "wiem wszystko" (o, takiego bym nie musiała szukać specjalnie), niestety poszukiwanie odpowiedniej osoby może być zadaniem na wieczność wiekuistą, jako że nie jestem specjalistką od kontaktów z innymi jednostkami ludzkimi, zwłaszcza takimi, których nie znam od minimum dziesięciu lat.

K wrócił z zakupów.Trzeba kończyć. Ogarniać najprzyziemniejszą z rzeczywistości, kolację robić, dziecko kłaść. Fajnie,że mnie wysłuchałeś pamiętniczku.

wtorek, 20 stycznia 2015

nie ma już życia wewnętrznego...

To jest co najmniej przykre!

Naprawdę tak się pisze?! Co najmniej? Nie razem?! Uch...

Życie jest ostatnio wkurzającym pasmem obiadów, kolacji, obiadów, kolacji, porannych kaszy na mleku i bez mleka, w ramach atrakcji kolejne posiedzenie na fotelu u stomatologa. Przyszedł ten czas, złamałam przedtrzonowca, czas korony, czyli jak to łopatologicznie wyjaśniła dr. Mary - sztucznego zęba. Byłam dzisiaj u przymiarki.

Poza tym siedzę dzisiaj tak beznadziejnie po raz pierwszy od dłuższego czasu, sama przed sobą udaję, że piekę chleb, ale nie wiem czy coś z tego będzie , nie mam weny. Nie mam już życia wewnętrznego! Kończę eko-torbę zakupową z krowami ale przekonania wielkiego w tym nie ma. Tęsknię do krów prawdziwych. Tęsknię do spędzania całego dnia na dworze. Tęsknię do bólu rąk i pleców, do pracy fizycznej. I do gotowania dla jednej osoby. Mnie samej.

Tu tak sobie przed-wiosennie roję o zakładaniu warzywnika, ale to miejsce i ten czas są wyniszczające dla marzeń i dla woli, w końcu energii starcza tylko na siedzenie na kanapie i (bez specjalnego przekonania) klepanie w klawisze. Albo i nie starcza na to też.

Chłop kaszle na górze.

Ach, i oczywiście muszę się przyznać,  jestem beznadziejna. Zepsułam dziecku aparat fotograficzny. Nie będzie  zdjęć tej styczniowej degrengolady.

bez życia

smutne