To jest co najmniej przykre!
Naprawdę tak się pisze?! Co najmniej? Nie razem?! Uch...
Życie jest ostatnio wkurzającym pasmem obiadów, kolacji, obiadów, kolacji, porannych kaszy na mleku i bez mleka, w ramach atrakcji kolejne posiedzenie na fotelu u stomatologa. Przyszedł ten czas, złamałam przedtrzonowca, czas korony, czyli jak to łopatologicznie wyjaśniła dr. Mary - sztucznego zęba. Byłam dzisiaj u przymiarki.
Poza tym siedzę dzisiaj tak beznadziejnie po raz pierwszy od dłuższego czasu, sama przed sobą udaję, że piekę chleb, ale nie wiem czy coś z tego będzie , nie mam weny. Nie mam już życia wewnętrznego! Kończę eko-torbę zakupową z krowami ale przekonania wielkiego w tym nie ma. Tęsknię do krów prawdziwych. Tęsknię do spędzania całego dnia na dworze. Tęsknię do bólu rąk i pleców, do pracy fizycznej. I do gotowania dla jednej osoby. Mnie samej.
Tu tak sobie przed-wiosennie roję o zakładaniu warzywnika, ale to miejsce i ten czas są wyniszczające dla marzeń i dla woli, w końcu energii starcza tylko na siedzenie na kanapie i (bez specjalnego przekonania) klepanie w klawisze. Albo i nie starcza na to też.
Chłop kaszle na górze.
Ach, i oczywiście muszę się przyznać, jestem beznadziejna. Zepsułam dziecku aparat fotograficzny. Nie będzie zdjęć tej styczniowej degrengolady.
bez życia
smutne
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz