Co słychać?
Zależy gdzie...
Na łące słychać kle, kle...
O, jak bym chciała! Ale to jednak nie ta pora roku zdecydowanie.
Jak na moje ucho, to tutaj najczęściej słyszę cielaki. Cielaki co tu kryć... beczą! Jak się zbliża pora pojenia to człowiek się czuje jak w stadzie baranów. Głodnych baranów. Zresztą to jest cudowny, miły dla ucha dźwięk, te nie beczące, te cicho leżące i nie mające najogólniej mówiąc chęci do życia wywołują moją frustrację.
Słychać wiatr. Jakżeby inaczej. Dzwonię do domu tylko z pomieszczeń, bo jak z dworu to Chłopu przeszkadza gwizdanie, wycie, zawodzenie wiatru. Ja się już chyba przyzwyczaiłam.
No i słychać nachalny dźwięk budzika, ostatnio nastawionego na czwartą dwadzieścia. Pięć minut leżę zapuszczając tzw. drzemkę, potem pięć minut na zagotowanie wody na herbatę (też leżę, bo czajnik strategicznie stoi koło łóżka), potem wstaję. Boli, ale można się przyzwyczaić.
I to życie to dla wielu znanych mi osób byłoby jakimś ekstremum... ale po pierwsze to jest zupełnie normalna tubylcza codzienność, a po drugie jako się rzekło już nie raz i nie dwa, ja chyba lubię ekstrema.
W takich miejscach jak to, w takich wyjazdach do poczucia absolutnego szczęścia doprowadzają mnie sprawy tak proste jak to, że wzięłam gorący prysznic, że dostałam długopis i notesik od przedstawiciela jakiejś agro-firmy, że moja szefowa lubi mnie trochę chyba, bo przyniosła mi jajka, a moja gospodyni zgodziła się zrobić mi pranie. To wszystko dzisiaj, więc czuję się wspaniale spełniona.
Poza tym kontynuuję swoje włóczęgi po polach. Widziałam zająca.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz