Przynajmniej w teorii. Oglądam to dziecko codziennie, przez całą dobę prawie. I fajnie. Uśmiecha się, je, gada do rzeczy. Aż tu nagle przychodzi jakaś kobieta z przychodni, niezapowiedziana i mówi - krzywe!
Od tej pory co spojrzę, a patrzę często, to nie po prostu a pod kątem. Krzywe? Czasem tak, a czasem nie. Przesadzasz, mówię sobie. No ale jednak krzywe, czasem... Na większości zdjęć - krzywe. Dobra. mówię sobie, lepiej przesadzić, niż zaniedbać. Na najbliższej wizycie, która się pięknie nazywa "szczepienna" zwracam uwagę pediatry (będąc młodą lekarką, można samej uwagi nie zwrócić), że jakoś tak główkę niesymetrycznie układa zwykle... na co pediatra, nie mając zdania w tej sprawie, mówi radośnie - Dam skierowanie! I daje. A ja się cieszę. O ludzka naiwności.
Wychodzę z tej przychodni uzbrojona w listę 15 adresów i telefonów, pod którymi należy spróbować ( a "spróbować" jest w tym zdaniu słowem kluczowym) umówić się do neurologa, oraz jeszcze kilka numerów do poradni rehabilitujących małe dzieci. Następnego dnia siadam z telefonem i planem Warszawy
( bardzo prędko okazuje się, że plan całkowicie zbędny!) Nie mogę dodzwonić się nigdzie. A bardzo bym chciała gdziekolwiek. Zapisy do neurologa: najczęstsze odpowiedzi z tych kilku poradni do których się udało : Brak miejsc do końca sierpnia. Zapisujemy na wrzesień. Zapisujemy na październik. Oraz: Brak miejsc na sierpień i wrzesień, a na październik jeszcze nie zapisujemy. Najs.
To tzw. zderzenie czołowe z publiczną służbą zdrowia w dziwnym kraju Polska.
Z innej bajki: Właśnie pomyślałam, że chyba mogłabym zrobić wystawę pod zbiorczym tytułem "Najbardziej żenadne i beznadziejne dzianiny ever" z podkategorią "Za małe czapki"!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz