Bo moje jedzą. Może są jakieś dziwne. Powiem więcej: moje psy jedzą warzywa (w każdej formie). Jeszcze więcej? Proszę! Mój kot je warzywa (gotowane).
Po wczorajszym upadku moralnym tj. wyjściu z domu bez śniadania i potem zaspokajaniu głodu: jagodzianką (x2), muffinem z migdałami (tylko jeden na szczęście, niedobry był), oraz bułką jęczmienną (x3), i po stanięciu na wadze w godzinach porannych (nie, nie powiem ile!) dzisiaj podjęłam decyzję o odnowie w duchu świętym south beach. Na obiad serwowano: pory pieczone z czosnkiem i tymiankiem, z niewielkim udziałem pomidorów pieczonych z tymiankiem i natką pietruszki.
Rozmowę przeprowadziłam z Dużym Chłopcem, którego zesłaliśmy na wieś, gdzie nie może - biedny - korzystać z dobrodziejstwa darmowych gier w sieci.
- Idę jeść, obiad mi się spali!
- A co masz na obiad?
- Pomidory i pory pieczone.
- Fajnie masz... - powiedział tęsknie.
Duży Chłopiec też ma fajnie, był na grzybach w lesie, całe trzy godziny.
No ale ja nie o tym chciałam.
Kiedy już zaczęłam zjadać pyszne zielone wstęgi - spaghetti form - porów, zmaterializował się kot i zaczął udowadniać mi, że kocha mnie bardzo, a mój talerz powinien być naszym wspólnym talerzem, gdyż miłość polega na dzieleniu się, czyż nie? I natarczywie zaczął atakować łapą mój obiad. Zrobiłabym zdjęcie ale w tym celu musiałabym się oddalić. Także tak. Skończyło się na jednej wstążce, którą oddałam dobrowolnie. Więcej nie dałam. Czosnek szkodzi kotom, chociaż one same zdają się o tym nie wiedzieć.
A u Liski na blogu babka cytrynowa. Czy mogłabym obok niej przejść obojętnie? Oczywiście, że upiekłam...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz